
Jednym z bardziej poruszających i wyczekiwanych punktów programu tegorocznych Światowych Letnich Igrzysk Polonijnych w Ustce było spotkanie z żywymi legendami polskiego sportu. Scena Główna na Promenadzie Nadmorskiej, na co dzień tętniąca muzyką i szumem fal, tym razem stała się areną wspomnień, wielkich emocji i sportowej mądrości. Licznie zgromadzeni polonijni sportowcy z całego świata oraz mieszkańcy oraz mieszkańcy i turyści mieli niepowtarzalną okazję, by z bliska posłuchać opowieści trojga wybitnych lekkoatletów i pięściarza, których kariery zapisały się złotymi zgłoskami w historii krajowego sportu. Gośćmi specjalnymi wydarzenia byli Barbara Madejczyk, Kazimierz Adach oraz Jan Huruk – mistrzowie, którzy udowodnili, że ciężka praca i pasja potrafią przełamać wszelkie bariery.
Spotkanie otworzyła rozmowa z Barbarą Madejczyk, wybitną oszczepniczką, której rzuty przez lata elektryzowały polską publiczność. To dwukrotna olimpijka – reprezentowała nasz kraj w Atenach w 2004 roku oraz w Pekinie w 2008 roku, gdzie wywalczyła znakomite, siódme miejsce w ścisłym finale.
Przez niemal dekadę jej rekord Polski (wynoszący imponujące 64,08 m) pozostawał niepobity, będąc symbolem dominacji zawodniczki Jantara Ustka na krajowych rzutniach. Madejczyk, znana ze swojej niezwykłej waleczności i pogody ducha, opowiadała w Ustce o tym, jak wielką dumą jest reprezentowanie ojczyzny na najważniejszej imprezie czterolecia.
Dziś mistrzyni nie rezygnuje ze sportu. Swoje ogromne doświadczenie przekazuje młodszym pokoleniom jako trenerka, wychowując następców w lokalnych klubach i angażując się w promocję aktywności fizycznej wśród dzieci i młodzieży na Pomorzu.
Następnie scena należała do człowieka, którego nazwisko wywołuje dreszcz emocji u każdego fana boksu w Polsce. Kazimierz Adach to brązowy medalista Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku w wadze lekkiej. Jego ringowa inteligencja, żelazna kondycja i legendarny lewy prosty doprowadziły go do strefy medalowej, w której musiał (niestety) uznać wyższość jedynie późniejszego mistrza olimpijskiego, Kubańczyka Ángela Herrery.
Adach to także wielokrotny medalista mistrzostw kraju oraz filar legendarnego Czarnych Słupsk. Podczas usteckiego spotkania bokser wspominał specyficzną atmosferę moskiewskich igrzysk oraz twardą, męską szkołę życia, jaką daje boks.
Współcześnie Kazimierz Adach pozostaje blisko ringu. Jest cenionym działaczem sportowym, mentorem dla młodych adeptów szermierki na pięści i regularnym gościem gal bokserskich, gdzie wciąż służy fachową radą i inspiruje młodych zawodników do zachowania zasad fair play.
Niezwykłą dawkę motywacji przyniosło spotkanie z Janem Hurukiem, jednym z najlepszych maratończyków w historii polskiej lekkoatletyki. Polscy kibice do dziś pamiętają jego genialny bieg podczas Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku, gdzie w morderczym upale wywalczył siódme miejsce, ocierając się o podium.
Huruk to zawodnik, który na początku lat 90. potrafił jak równy z równym rywalizować z dominującymi wówczas biegaczami z Afryki. Jego czwarta lokata na Mistrzostwach Świata w Tokio (1991) oraz drugie miejsce w prestiżowym maratonie w Londynie do dziś pozostają wynikami kosmicznymi dla polskiego biegania długodystansowego. Na promenadzie Huruk z humorem i dystansem opowiadał o katorżniczym treningu i psychice, która w maratonie decyduje o wszystkim.
Obecnie legendarny biegacz realizuje się jako organizator imprez biegowych i popularyzator zdrowego stylu życia. Angażuje się w rozwój lokalnej infrastruktury sportowej i często można go spotkać na trasach biegowych, gdzie wspiera zarówno amatorów, jak i profesjonalistów.
OPRACOWANIE/TEKST/ZDJĘCIA NA LICENCJI CC BY-ND POLONIJNA AGENCJA INFORMACYJNA

Nasi olimpijczycy to ludzie „z krwi i kości” toteż każdemu z nich przytrafiła się niejedna sytuacja, która z czasem obrosła legendą lub stała się sportową anegdotą.
Nasi olimpijczycy to ludzie „z krwi i kości” toteż każdemu z nich przytrafiła się niejedna sytuacja, która z czasem obrosła legendą lub stała się sportową anegdotą.
Barbara Madejczyk chętnie wspomina kulisy nerwowych chwil, jakie przeżyła na stadionie „Ptasie Gniazdo” w Pekinie w 2008 roku. Przed samym konkursem finałowym okazało się, że jej ulubiony, idealnie wyważony oszczep, który został wcześniej zdany do oficjalnej kontroli technicznej organizatorów, nagle... zaginął w magazynie.
Dla sportowca na tym poziomie zmiana sprzętu w najważniejszym momencie kariery to potężny cios psychiczny. Na kilkanaście minut przed wejściem na płytę stadionu, gdy w obozie Polki wybuchła panika, oszczep odnalazł się w stojaku zupełnie innej reprezentacji – jedna z zagranicznych zawodniczek pomyliła numery seryjne i zabrała go na swój trening. Madejczyk musiała wykazać się nie lada asertywnością (i znajomością języków), by dosłownie wyrwać swoją „broń” z rąk rywalki. Emocje były tak duże, że pierwszy rzut konkursowy oddała na czystej, sportowej złości, co ostatecznie dało jej awans do wąskiego finału olimpijskiego.
Kazimierz Adach, wspominając swój brązowy medal z Moskwy z 1980 roku, przywołuje historię o specyfice sędziowania w czasach zimnej wojny. Podczas jednej z walk – ćwierćfinałowej, Polak tak mocno zdominował swojego rumuńskiego rywala Floriana Livadaru, że tamten kilkukrotnie lądował na deskach. Sędzia ringowy, wyraźnie sprzyjający słabszemu, robił wszystko, aby dać mu czas na odpoczynek. Pojedynek był kluczowy, ponieważ stawką był awans do półfinału, który automatycznie gwarantował olimpijski medal.
Adach wspomina, że odliczanie nokdaunu przez arbitra trwało niemal wieczność. „Sędzia liczył tak wolno, jakby sekunda trwała u niego trzy sekundy, a w międzyczasie zdążył jeszcze dokładnie obejrzeć moje rękawice, rzekomo szukając usterki” – opowiada z rozbawieniem pięściarz. Polak nie dał się jednak sprowokować, zachował zimną krew i zamiast frustracji, wykorzystał ten wydłużony czas na... złapanie głębszego oddechu, co pozwoliło mu przypieczętować zwycięstwo w kolejnej rundzie.
Walka ta zapisała się w historii igrzysk nie tylko przez wzgląd na „nietypowe” tempo odliczania sędziego ringowego w Moskwie, ale i brutalny przebieg. W trzeciej rundzie zmęczony i zdominowany przez Adacha Rumun zaatakował Polaka głową. W efekcie tego faulu Livadaru rozciął sobie łuk brwiowy, a naszemu pięściarzowi głęboko rozciął policzek. Chwilę później pojedynek został przerwany przez sędziego z powodu kontuzji (RSC), a zakrwawiony Kazimierz Adach mógł świętować upragnione zwycięstwo i pewny krążek olimpijski.
Jan Huruk z uśmiechem wspomina swój legendarny bieg na Igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku, gdzie zajął siódme miejsce. Mało kto jednak wie, że przygotowania do tego startu oraz sam bieg obfitowały w absurdalne sytuacje. Pierwsza z nich miała miejsce na trasie, gdy prowadząca grupa maratończyków, w której biegł Huruk, w pewnym momencie niemal pogubiła się przez błąd pilota prowadzącego bieg na motocyklu. Zawodnicy przez chwilę nie wiedzieli, w którą stronę biec na rozwidleniu katalońskich ulic.
Inna anegdota dotyczyła samej wioski olimpijskiej. Polscy lekkoatleci dostali pokoje z widokiem na morze, co wydawało się luksusem, dopóki nie okazało się, że... w budynkach nie było klimatyzacji, a hiszpańskie upały przekraczały 35 stopni w cieniu. Aby przetrwać noc przed morderczym maratonem i zmusić organizm do snu, Huruk wraz z kolegami z kadry musiał moczyć prześcieradła w zimnej wodzie i spać pod takimi wilgotnymi „okładami”. Jak sam przyznał, to właśnie ten specyficzny hart ducha zadecydował o tym, że na finałowym podbiegu pod wzgórze Montjuïc zdołał wyprzedzić wielu faworytów.
Wieczór pełen autografów, wspólnych zdjęć i zakulisowych rozmów pokazał, że pamięć o sukcesach naszych reprezentantów jest wciąż żywa, a ich obecność na Igrzyskach Polonijnych dała uczestnikom potężną dawkę motywacji do walki o własne sportowe marzenia.

OPRACOWANIE/TEKST/ZDJĘCIA NA LICENCJI CC BY-ND
© POLONIJNA AGENCJA INFORMACYJNA

TŁUMACZENIE DŁUŻSZYCH TEKSTÓW MOŻE POTRWAĆ CHWILĘ...