Deportacje Polaków do Kazachstanu w 1936 roku stanowią jedno z pierwszych wielkich przedsięwzięć sowieckiej polityki przymusowych przesiedleń wymierzonych w ludność polską zamieszkującą Związek Sowiecki. Choć w powszechnej świadomości historycznej częściej przywołuje się późniejsze wywózki z lat 1940–1941, to właśnie rok 1936 był momentem rozpoczęcia systemowej akcji, która miała charakter zarówno represyjny, jak i etniczno-polityczny. Szacuje się, że w jej ramach deportowano około 70 tysięcy osób, głównie Polaków, ale także Niemców zamieszkujących tereny przygraniczne Ukraińskiej SRS. W 2026 roku obchodzimy 90 rocznicę tamtych wydarzeń i im Stowarzyszenie "Wspólnota Polska" (SWP) wraz ze Związkiem Repatriantów Rzeczypospolitej Polskiej poświęciło konferencję "Historia i tożsamość".
Konferencję w Domu Polonii w Warszawie otworzyli Prezes SWP Dariusz Piotr Bonisławski oraz Aleksandra Ślusarek Prezes Związku Repatriantów RP, przybliżając historyczny kontekst spotkania oraz potrzebę zachowania pamięci o wydarzeniach konstytuujących polską tożsamość.
W częsci wystąpień gości konferencji głos zabrali Adrianna Garnik Doradca Prezydenta RP,, która przeczytała list skierowany przez Prezydenta Karola Nawrockiego do uczestników konferencji następnie Magdalena Roguska - Sekretarz Stanu, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, Senator RP Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska z-ca Przewodniczącego Senackiej Komisji Spraw Łączności z Polakami za Granicą, Poseł RP Marek Rząsa z-ca Przewodniczącego Sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą.
Szczegółowe aspekty dramatu z 1936 roku oraz dalsze jego reperkusje zawarte zostały w referatach: „Historia deportacji Polaków do Kazachstanu” - prof. Mikołaja Iwanowa i „Polacy w Kazachstanie” - prof. Tomasza Głowińskiego, „Znaczenie Kościoła i księży katolickich dla polskiej społeczności w Kazachstanie” ks. dr hab. Jan Nowak
W dyskusji panelowe „Polacy w Kazachstanie. Wczoraj i dziś” moderowanej przez Joannę Fabisiak - Prezes Fundacji "Świat na Tak" rozmawiali Katarzyna Ostrowska - Prezes Związku Polaków w Kazachstanie, Antonina Grabowska - czł. Rady ds. Repatriacji oraz Halina Sawicka - repatriantka.
Kolejną odsłoną dyskusji był temat „Powroty. Wyzwania repatriacji” moderowanej przez Aleksandrę Ślusarek - Prezes Związku Repatriantów RP. W niej głos zabrali dr Natalia Rykowska- repatriantka, Antonina Kasonicz, współzałożycielka i b. Prezes Związku Polaków w Kazachstanie, Jacek Orych- Burmistrz m. Marki, Michał Hebda - Burmistrz m. Niepołomice.
Zwieńczeniem konferencji Wspólnoty Polskiej i Związku Repatriantów RP była msza święta w bernardyńskim, akademickim kościele Św. Anny w Warszawie, miejscu, w którym regularnie odbywają się nabożeństwa w intencji repatriantów oraz środowisk kresowych, a także uroczystości upamiętniające losy Polaków na Wschodzie.
Repatriacja Polaków z Kazachstanu jest procesem wspieranym i monitorowanym przez Senat RP, a szacunki wskazują, że na powrót do ojczyzny oczekuje kilka tysięcy osób.
Przed południem poprzedzającym konferencję "Historia i tożsamość" Wicemarszałek Senatu Maciej Żywno Senator RP, w imieniu marszałek Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska, spotkał się z grupą repatriantów z Kazachstanu.
Spotkanie było okazją do uczczenia 90. rocznicy pierwszej deportacji Polaków do Kazachstanu – ważnej i poruszającej karty naszej historii. W trakcie rozmów, wicemarszałek podkreślił rolę Senatu jako opiekuna Polonii oraz zwrócił uwagę na nowe rozwiązania prawne i budżetowe, które ułatwią rodakom powrót do Polski.
W spotkaniu udział wziął również koordynator ds. Polonii i Polaków za Granicą Robert Tyszkiewicz oraz doradca marszałek Senatu ds. relacji z organizacjami polonijnymi Wojciech Białek oraz Wiceprezes Zenka Bańkowska i Dyrektor Anita Staszkiewicz Stowarzyszenia "Wspólnota Polska" (SWP) .
Po spotkaniu z Senacie przedstawiciele kazachskich repatriantów udali się na konferencję do Domu Polonii - siedziby SWP.
Szanowni Państwo,
wyrażam ogromną radość z faktu, że Dom Polonii, siedziba Stowarzyszenia Wspólnota Polska, jest miejscem tak ważnego wydarzenia. Bardzo serdecznie dziękuję pani prezes Aleksandrze Ślusarek, że zdecydowała się na uczczenie 90. rocznicy repatriacji, wspólnie będąc partnerem Stowarzyszenia Wspólnota Polska, oraz że to zaproszenie zostało przez Państwa tak wspaniale przyjęte, a sala kolumnowa jest wypełniona po brzegi. To bardzo ważne dla mnie osobiście, ale też, jak sądzę, dla całego stowarzyszenia i dla całej idei.
Stowarzyszenie Wspólnota Polska, które powstało 36 lat temu i zostało założone przez profesora Andrzeja Stelmachowskiego, miało i ma do dzisiaj jako główny cel wspieranie Polaków żyjących poza granicami kraju. Mówimy o nich, że są bardzo liczni, blisko 20 milionów. Mówimy też o tym, że różne powody sprawiły, iż znaleźli się poza ojczyzną. Były to wyjazdy w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia, wyjazdy spowodowane różnego rodzaju przyczynami politycznymi, a czasem, choć wcale nierzadko, wyjazdy za głosem serca – powody bardzo ważne.
Pochylamy się nad nimi, zarówno nad tymi, którzy wyjechali, jak i nad ich potomkami, wszędzie tam, gdzie wiemy, że istnieje potrzeba kontaktu z krajem, kultywowania tradycji, poznawania historii i języka polskiego.
Ale wśród tych osób żyjących poza granicami kraju jest grupa szczególna, która dziś, w tej pięknej reprezentacji, przypomina o tym, co wydarzyło się 90 lat temu. To masowe wywózki, kara za to, że ich przodkowie bądź oni sami byli Polakami, oraz często dramatyczne pożegnanie z krajem.
Ta grupa jest szczególna dla Stowarzyszenia Wspólnota Polska i – i nie jest to jedynie zwrot okolicznościowy związany z dzisiejszą uroczystością – Wspólnota Polska przez 36 lat udowadniała, że traktuje ją w sposób wyjątkowy. Już pan marszałek Andrzej Stelmachowski w licznych wystąpieniach na forum Senatu i innych gremiach przypominał o Polakach, którym należy stworzyć możliwość powrotu do ojczyzny, stworzyć ścieżkę umożliwiającą dobry powrót, wejście w tutejszą kulturę i zadomowienie się w Polsce.
Ten proces kontynuował marszałek Maciej Płażyński. Nie zdążył przed tragiczną śmiercią doprowadzić do uchwalenia dobrych rozwiązań ustawowych, ale rozpoczął rozmowę na forum społecznym, którą kontynuowało Stowarzyszenie Wspólnota Polska. W rozmowę tę zaangażował się także jego syn, Jakub Płażyński, a jej efektem było zebranie ponad 200 tysięcy podpisów pod ustawą repatriacyjną. Był to społeczny ruch pokazujący, że my, Polacy żyjący tutaj, mamy otwarte serca i chcemy przyjmować osoby, które z niezależnych od siebie przyczyn znalazły się poza granicami kraju i chcą do niego wrócić.
Kontynuowano te prace, o których będzie tu jeszcze szczegółowo mowa i które są przedmiotem licznych publikacji, między innymi pana doktora Roberta Wyszyńskiego, którego tutaj widzę, oraz innych wybitnych osób. W działania te zaangażowani byli także pan prezes Longin Komołowski, a następnie Rada Krajowa, na czele której stał pan minister Henryk Kowalczyk wraz z zarządem, przy dużej współpracy kolejnych władz i rządów.
Był to proces trudny i złożony, ponieważ temat nie należał do łatwych. Nakładały się na niego kryzysy migracyjne oraz problemy ekonomiczne. Ostatecznie jednak uchwalono i ustanowiono ramy, dzięki którym wiele osób, które na to czekały, mogło wrócić do ojczyzny. Nadal jednak czeka bardzo wiele osób.
Jestem przekonany, że dzisiejsza konferencja, tak licznie zaszczycona przez wybitnych przedstawicieli różnych instytucji państwa polskiego oraz przedstawicieli środowisk repatriacyjnych, będzie istotnym głosem przypominającym, że problem repatriacji nadal istnieje. Jest to problem, nad którym my, Polacy żyjący tutaj, powinniśmy nieustannie się pochylać, dopóki ostatnia osoba chcąca przyjechać do Polski nie znajdzie się w swojej ojczyźnie.
Bardzo tego serdecznie życzę wszystkim Państwu i sobie, Stowarzyszeniu Wspólnota Polska oraz środowiskom repatriacyjnym, abyśmy mogli dokończyć dzieło rozpoczęte przez naszych poprzedników. Serdecznie dziękuję za obecność i życzę dobrej konferencji.
Dziękuję bardzo.
Chciałabym bardzo gorąco powitać Państwa na dzisiejszej naszej konferencji.
Bardzo gorąco w imieniu Związku Repatriantów Rzeczpospolitej Polskiej. Witam Państwa.
To już jest nasza trzecia konferencja na temat właśnie deportacji naszych rodaków do Kazachstanu.
W roku 70. pierwsza konferencja w kopalni Soli Wieliczka. W roku 80. rocznicę również Małopolska, czyli Zamek
Królewski w Niepołomnicach. Ogromna ilość repatriantów. Ale drodzy Państwo, to wciąż mało. W tej chwili mamy około 12 tysięcy osób, które repatriowały się do Polski. To bardzo mało.
Ale mam nadzieję, że ponieważ znowelizowaliśmy już dwukrotnie ustawę i będzie następna nowelizacja i mówię to jako przewodniczący Rady do spraw repatriacji pod auspicjami i opieką naszej pani minister Droguskiej.
Wierzę, że w szybszym trybie niż do tej pory będą nasi rodacy wracać.
Drodzy Państwo, życzę miłych obrad.
Szanowni panie minister, panie ministrze, panie senator, szanowni państwo, pani prezesie, panie prezesie, szanowni państwo, rodziny osób deportowanych, repatrianci, list do organizatorów i uczestników dzisiejszej konferencji skierował prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Karol Nawrocki. Pozwólcie państwo, że go odczytam.
List Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej przypomina o tragicznych deportacjach Polaków do Kazachstanu jako elemencie sowieckiego systemu represji oraz podkreśla znaczenie zachowania pamięci o ich losie. Jednocześnie wskazuje na współczesne zagrożenia związane z próbami fałszowania historii i apeluje o pielęgnowanie prawdy jako fundamentu tożsamości narodowej.
Warszawa, 23 kwietnia 2026 roku
Organizatorzy i Uczestnicy konferencji Historia i tożsamość — 90. rocznica pierwszej deportacji Polaków do Kazachstanu w Warszawie
Deportacje Polaków w głąb Związku Sowieckiego były masową zbrodnią. Ten rodzaj represji stanowił ważną część bolszewickiej polityki prześladowań wobec niepokornych mniejszości narodowych. Oprócz wymiaru opresyjnego wywózki naszych rodaków należy postrzegać również jako dowód ostatecznej klęski prób systemowej sowietyzacji Polaków w komunistycznym imperium zła. W 1936 roku Stalin i inni przywódcy kremlowscy uznali, że indoktrynacja, zastraszanie i totalna inwigilacja mniejszości polskiej nie przynoszą oczekiwanych efektów. Barbarzyńskie eksperymenty społeczne Marchlewszczyzny i Dzierżyńszczyzny — zamiast przekształcić naszych rodaków w ludzi sowieckich — wzmacniały opór, niezgodę na ograniczanie swobód i przywiązanie do zakazywanej i zniesławianej polskości.
Mija 90 lat od pierwszych deportacji, w których Sowieci — w dwóch falach — wywieźli do Kazachstanu i na Syberię około 120 tysięcy Polaków. Represje dotknęły naszych rodaków mieszkających wówczas w sowieckich republikach Białorusi i Ukrainy, na terenach położonych wzdłuż granicy z II Rzeczpospolitą, które po podpisaniu traktatu ryskiego w 1921 roku znalazły się poza granicami odrodzonej Polski. W 1936 roku rozpoczął się czas zsyłek — upiorny okres, który trwał aż do roku 1952, gdy ostatnią falą przymusowych przesiedleń objęto m.in. rodziny żołnierzy Armii Krajowej. Ci, którzy trafili do bydlęcych wagonów, byli wywożeni na zawsze. Wysadzano ich w miejscach tak odległych i o tak fatalnych warunkach, by już nigdy nie mogli wrócić na ziemię przodków. W tym diabelskim planie deportacji miała zginąć nie tylko wspólnota ludzi, lecz także pamięć o nich. To, co pozostawili w rodzinnych miejscowościach, było systematycznie niszczone, aby wszelki ślad po nich jak najszybciej uległ zatarciu. Polacy wywiezieni do Kazachstanu mieli zniknąć z oficjalnych rejestrów ludności, z kart historii i z pamięci najbliższych.
Dzisiejsza konferencja jest ważnym elementem upamiętniania tych, których Sowieci skazali na zapomnienie. To znak zwycięstwa pamięci i prawdy nad sowiecką zbiorową amnezją i kłamstwem, a zarazem ostrzeżenie przed podobnymi próbami podejmowanymi współcześnie. Spotykają się Państwo bowiem w czasie, gdy Kreml ponownie intensyfikuje działania mające zmienić świadomość historyczną Rosjan. W lutym moskiewskie Muzeum Historii Gułagu przekształcono w Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Przerwano dzieło dokumentowania sowieckich represji i edukowania o nich, zastępując je propagandą imperialnych dążeń do ustanowienia nowego ładu światowego. W tym miesiącu Stowarzyszenie Memoriał — uhonorowane w 2022 roku Pokojową Nagrodą Nobla m.in. za badanie zbrodni Związku Sowieckiego — zostało uznane przez rosyjski Sąd Najwyższy za organizację ekstremistyczną. Memoriałowi pod odpowiedzialnością karną zakazano kontynuowania misji głoszenia prawdy o sowieckim komunizmie. Te dwa niedawne wydarzenia są jedynie nagłośnionymi w mediach przykładami kolejnej odsłony zamachu na pamięć. To nowe akty tego samego terroru, którego ofiarami padli nasi rodacy wywiezieni 90 lat temu na surowe kazachskie stepy. Jest to także kolejna próba zakłamywania historii zmagań o wolność, godność i prawo do życia tych, którzy nie ugięli się przed czerwonym reżimem.
Serdecznie dziękuję Stowarzyszeniu „Wspólnota Polska” za organizację konferencji, którą objąłem swoim honorowym patronatem. Z najgłębszym uznaniem zwracam się do prelegentów, którzy będą dzisiaj mówić o deportacjach Polaków do Kazachstanu oraz o późniejszych losach zesłańców. Dziękuję za upowszechnianie wiedzy o tej niezwykle dramatycznej karcie dziejów naszego narodu. Jest naszą polską powinnością znać prawdę o tamtych wydarzeniach — dziękuję wszystkim, którzy wypełniają to zobowiązanie.
Szanowni Państwo, wszyscy dostojni goście, wszyscy zaangażowani w niezwykle istotny, ważny, dojmujący i konieczny do doprowadzenia do szczęśliwego finału proces repatriacji.
Ogromnie dziękuję za to, że mogę się dzisiaj z Państwem spotkać. Dziękuję za zaproszenie oraz za organizację wydarzenia, które ma wymiar nie tylko rozmowy o tym, co się wydarzyło i jakie losy spotkały rodaków wywiezionych w nieludzkich warunkach na trudne tereny, ale – jestem głęboko przekonana – także spojrzenia w przyszłość: na to, co przed nami, jaki kierunek dziś obieramy i powinniśmy nadal obierać, aby ten proces był jak najłatwiejszy dla tych, którzy chcą wracać do swojej ojczyzny, oraz aby ojczyzna, która ich przyjmuje, była w stanie jak najlepiej odpowiedzieć na ich potrzeby.
Dziękując za zaproszenie na dzisiejszą konferencję, pozwólcie Państwo, że w kilku słowach podsumuję to, co dziś robimy, oraz jakie mamy plany w zakresie procesu repatriacji.
Masowe deportacje całych rodzin Polaków, rozpoczęte przez władze ZSRR w latach 30. XX wieku, to jedno z najtrudniejszych i najbardziej dramatycznych doświadczeń w historii naszej wspólnoty. Wpisywały się one w szerszą skalę stalinowskich represji na tle etnicznym, powiązanych z sowietyzacją i ateizacją. Celem tych działań było etniczne oczyszczanie terenów przygranicznych, a Polaków przesiedlano w związku z likwidacją tzw. rejonów polskich. Trafiali tam całymi rodzinami, zwykle w nieludzkich warunkach, pozbawieni prawa do powrotu, skazani na ciężką pracę i życie w skrajnie trudnych realiach. Wielu z nich nie przeżyło.
Mimo tych doświadczeń pamięć o ojczyźnie, korzenie, z których wyrośli, oraz tęsknota za tym, co polskie, pozwalały przetrwać, a na pewno zachować tożsamość i przekazywać ją kolejnym pokoleniom.
Osoby, które doświadczyły deportacji, ich potomkowie oraz członkowie rodzin mają dziś możliwość powrotu do historycznej ojczyzny w ramach procedury repatriacyjnej. To do nich kierujemy działania państwa w tym zakresie. Traktujemy to jako nasz moralny obowiązek – jako formę zadośćuczynienia za doznane krzywdy oraz wyraz odpowiedzialności za los tych, którzy tam jeszcze pozostali, a chcieliby wrócić do Polski.
Państwo doskonale wiedzą, że procedura ta została przygotowana i wdrożona wraz z wejściem w życie ustawy w 2001 roku. Bardzo ważnym momentem, który pozwolił na zmianę myślenia o tym procesie, był rok 2017 – kiedy wprowadzono zmiany, umożliwiające przyjazd poprzez ośrodki adaptacyjne oraz większe zaangażowanie samorządów. Był to niezwykle istotny krok, który pozwolił wykorzystać różne zasoby państwa oraz zaangażowanie wielu środowisk, aby procedura repatriacyjna była łatwiejsza, bardziej przyjazna i skuteczniejsza.
Od początku obowiązywania ustawy o repatriacji z możliwości przyjazdu do Polski w tym trybie skorzystało około 12 tysięcy repatriantów – osób polskiego pochodzenia oraz członków ich najbliższych rodzin, z czego ponad 70% przyjechało z Kazachstanu. Obecnie na zakończenie procesu repatriacji oczekuje ponad 7 tysięcy osób, także w większości wywodzących się z Kazachstanu.
Jako pełnomocnik rządu do spraw repatriacji mam pełną świadomość znaczenia tego zobowiązania, które realizujemy, stosując, ale też zmieniając procedurę repatriacyjną. Chcemy zapewnić możliwość przyjazdu w stosunkowo krótkim czasie wszystkim osobom uprawnionym i zainteresowanym przesiedleniem do Polski w ramach repatriacji. Nie chcemy jedynie administrować tym procesem ani prowadzić go w rytmie, który został mu nadany. Chcemy go zmieniać, dostosowywać do dzisiejszych warunków i modyfikować przy Państwa udziale, z ogromnym zaangażowaniem Rady – za co dziękuję pani przewodniczącej – tak aby był szybki, skuteczny i jak najłatwiejszy dla osób przyjeżdżających.
Dziś mamy już rozwiązania i procedury, które są pozytywnie oceniane przez osoby z nich korzystające. Jednocześnie podczas naszych spotkań zawsze otrzymujemy informację zwrotną, ile jeszcze powinniśmy poprawić, aby procedura była prostsza, bardziej przyjazna i ułatwiała rozpoczęcie procesu integracji na miejscu.
Głównym czynnikiem ograniczającym proces repatriacji były kwestie finansowe. Rząd podjął działania w celu podniesienia limitów wydatków na zadania związane z repatriacją. W efekcie 25 czerwca 2025 roku została przyjęta ustawa zwiększająca maksymalny limit wydatków o 35 milionów złotych – obecnie wynosi on 80 milionów złotych. Podejmujemy starania, aby ten limit jak najszybciej wykorzystać i sukcesywnie go zwiększać, tak aby lepiej odpowiadać na potrzeby i nadać procesowi repatriacji nową dynamikę.
W związku z tym chcemy znacząco zwiększyć możliwości przyjazdu poprzez ośrodki adaptacyjne dla repatriantów. Ich działalność jest bardzo dobrze oceniana ze względu na kompleksową ofertę wsparcia – od momentu przyjazdu do Polski aż do chwili, gdy osoby te stają się samodzielne, a nawet później, gdy mogą wrócić po pomoc czy poradę.
Chciałabym w tym miejscu szczególnie podziękować wszystkim Państwu zaangażowanym w prowadzenie tych ośrodków i towarzyszenie repatriantom w tej trudnej drodze. Miałam okazję odwiedzić ośrodki w Pułtusku i Środzie Wielkopolskiej, rozmawiać z repatriantami i zobaczyć, z jakimi wyzwaniami się mierzą. To, co dla nas jest proste, dla nich często takie nie jest. Dzięki Państwa zaangażowaniu, sercu i poczuciu misji ten proces staje się łatwiejszy.
To wsparcie buduje także ogromne zaufanie osób wracających do Polski – osób, które zostawiają całe swoje dotychczasowe życie, wierząc, że tutaj odnajdą to, za czym tęskniły. Dzięki Państwu jest to możliwe.
Dziękuję również za zaangażowanie Radzie do spraw repatriacji. Dziękuję pani przewodniczącej i wszystkim Państwu za to, że nie jesteście jedynie organem opiniującym, ale aktywnie wskazujecie kierunki działań, motywujecie i poszukujecie najlepszych rozwiązań, rozumiejąc jednocześnie ograniczenia proceduralne. Dziękuję za to wsparcie oraz za wkład w przygotowywanie zmian ustawowych, które mają zwiększyć skuteczność naszych działań.
Jeszcze raz serdecznie dziękuję za organizację dzisiejszego wydarzenia. Życzę Państwu owocnych obrad, z których wniosków będziemy korzystać w dalszych pracach. Bardzo liczę na efekty paneli i na to, że staną się one także naszymi zadaniami na przyszłość.
Jesteśmy do Państwa dyspozycji. Jeszcze raz dziękuję za zaproszenie. Wszystkim Państwu życzę dobrego dnia. Naszą wspólną odpowiedzialność i działania w zakresie repatriacji chcemy prowadzić z pełną odpowiedzialnością, ale także z większą dynamiką, angażując kolejne możliwe środki budżetu państwa.
To są nasze plany na najbliższy czas. Jeszcze raz gorąco dziękuję za zaproszenie. Wszystkiego dobrego.
Bardzo się cieszę, że widzę Państwa tak licznie uczestniczących w tej konferencji. Jestem osobą, która zawsze ceni bezpośrednie relacje, bo nie ma nic lepszego niż możliwość wymiany opinii, wzajemnej pomocy, a także pielęgnowania pamięci – i to właśnie dziś się dzieje.
Padło już wiele pięknych słów z ust osób, które przemawiały przede mną. Pamięć to jedno – pozostaje w sercu i tak zawsze powinno być. Chciałabym tylko powiedzieć, że kilka lat temu prywatnie pojechałam do Kazachstanu. Chciałam zobaczyć ten kraj, uznając, jak ważne jest to miejsce z perspektywy historycznej i jak nieustannie należy o nim mówić.
Słowa, które padły wcześniej, także ze strony pani pełnomocnik, są niezwykle istotne. Zaangażowanie w umożliwienie powrotu do naszego kraju jest ogromnie ważne. To się już dzieje, ale powinno być jeszcze intensywniejsze i jednocześnie prostsze.
Dziś będą Państwo obradować, wymieniać się wiedzą i opiniami. Życzę wszystkiego dobrego, udanego dnia i wierzę, że wnioski płynące z tej konferencji przełożą się na konkretne działania władz odpowiedzialnych za ten proces. Dziękuję bardzo.
W imieniu Sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą oraz jej przewodniczącego, pana posła Zbigniewa Konwińskiego, przekazuję Państwu najserdeczniejsze pozdrowienia od całej komisji.
Ilekroć mam zaszczyt spotykać się z Polonią czy Polakami mieszkającymi za granicą, przypominam sobie pewną myśl: jak wy nie wyrzekliście się Polski, jak nie wyrzekliście się ojczystego języka i nie zapomnieliście o Polsce, tak Polska nie zapomni o was i się was nie wyrzeknie.
To, że w Sejmie i Senacie funkcjonują komisje poświęcone Polonii i Polakom za granicą, zwłaszcza na Wschodzie, jest najlepszym dowodem na to, że Polska – nasza wspólna ojczyzna – nie zapomina o tych, którzy z różnych przyczyn znaleźli się poza jej granicami.
Jestem posłem z Przemyśla. W samym Przemyślu w 1936 roku nie było deportacji, ale w kolejnych latach już tak – ze stacji kolejowej w Bakończycach odjeżdżały setki wagonów z Polakami z Przemyśla, z powiatu przemyskiego, z całej ziemi przemyskiej.
W Przemyślu pamiętamy o tych wydarzeniach, ale chyba największym doświadczeniem tej pamięci jest osobista wizyta tam, na miejscu, w Kazachstanie. Miałem zaszczyt być tam raz i wiecie Państwo, gdzie zobaczyłem Polskę? W oczach starszych kobiet, z którymi się spotykaliśmy. Było ją czuć w ich słowach. Czasem język był już bardzo zniekształcony, czasem brakowało słów, ale słychać było bicie polskiego serca.
Żartowaliśmy, że te panie mówiły, iż kiedy przyjeżdżamy do nich, czują Polskę – że w nas ją wyczuwają. Tak jak my widzieliśmy Polskę w ich oczach, tak w rytmie ich serc słychać było polskie serce, które bije równym rytmem – zarówno w Polsce, jak i na całym świecie, także w Kazachstanie.
Chylę czoła przed tymi, którzy doświadczyli zesłania na nieludzką ziemię. Chylę czoła przed ich potomkami, którzy tak pięknie podtrzymują pamięć o swoich przodkach – o tych, którzy tam zginęli, ale także o tych, którym udało się wrócić do Polski.
Za wszystkich wracających do Polski trzymam mocno kciuki i w imieniu Komisji Łączności z Polakami za Granicą zapewniam Państwa, że zawsze możecie liczyć na nasze wsparcie.
Wszystkiego dobrego, dobrej konferencji. Cześć i chwała wszystkim deportowanym.
Aleksandra Ślusarek, Prezes Związku Repatriantów RP, decyzją Rady Krajowej SWP została uhonorowana Złotym Medalem Stowarzyszenia "Wspólnota Polska" . Medal wręczyli Prezes Dariusz Piotr Bonisławski i Wiceprezes profesor Jóżef Wróbel.
Prezes Dariusz Piotr Bonisławski wręczając medal powiedział:
Szanowni Państwo, drodzy goście, honorowi, drodzy repatrianci, mam zaszczyt w dniu ważnym, w dniu konferencji upamiętniającej te tragiczne wydarzenia, które spowodowały dramat tysięcy polskich rodzin, podziękować w imieniu naszej organizacji, w imieniu Stowarzyszenia Wspólnota Polska, pani Aleksandrze Ślusarek za to wszystko, co stojąc na czele Stowarzyszenia, ale też i mając w sercu ideę pomocy repatriantom robi od wielu, wielu lat.
Szanowna Pani Prezes, Rada Krajowa Stowarzyszenia Wspólnota Polska przyznaje złoty medal Stowarzyszenia Wspólnota Polska za długoletnią pracę na rzecz repatriacji Polaków ze Wschodu.
Mamy zaszczyt jako Stowarzyszenie wyrazić swoją wdzięczność, ale też i dumę z posiadania takiego członka. Dziękujemy bardzo za wszystko.
Na początku chciałem wyjaśnić kilka podstawowych kwestii. Bardzo uważnie słuchałem posłania Pana Prezydenta skierowanego do uczestników tej konferencji i to rzeczywiście wielki znak, że pierwszy człowiek Rzeczypospolitej nie tylko zna historię jako historyk – wiemy, że jest nim z wykształcenia – ale również bardzo aktywnie uczestniczy w upamiętnianiu tego, co wydarzyło się 90 lat temu.
Prawda o tych deportacjach nie jest już dziś tajemnicą. Prawie czterdzieści lat temu wydałem swoją pierwszą książkę pod tytułem „Pierwszy naród ukarany”. Wówczas niewiele wiedziałem o Polakach w Kazachstanie, na Białorusi czy Ukrainie, o Marchlewszczyźnie czy Dzierżyńszczyźnie. Jednak u Aleksandra Sołżenicyna, w „Archipelagu GUŁag”, natrafiłem na pewną sugestię – że więźniowie mówili między sobą o narodach ukaranych. Dziś wiemy, że w Związku Sowieckim, a później na obszarze Federacji Rosyjskiej i byłego ZSRR, za takie uznano dziesiątki narodów. Ale jeden z więźniów mówił, że był naród pierwszy – i tym narodem byli Polacy.
Tu jednak potrzebne jest doprecyzowanie. Dla Polaków w Kazachstanie – których widzę tu wielu i bardzo się cieszę, że odnaleźli swoją ojczyznę nad Wisłą – Kazachstan nigdy nie był ojczyzną. Dla większości z nich ojczyzną była Żytomierszczyzna, gdzie w latach trzydziestych utworzono swoistą miniaturową polską republikę – sowiecką Marchlewszczyznę. Była to leninowska próba wykorzystania języka polskiego i ideologii komunistycznej do sowietyzacji Polaków. Powstawały polskie szkoły, instytucje, a nawet przesłuchania w lokalnym NKWD odbywały się po polsku. Do około 1932–1933 roku mogło się wydawać, że Polacy rzeczywiście przyjmują ideologię komunistyczną.
To sytuacja trudna do wyobrażenia. Przez ponad sto lat zaborów władze rosyjskie dążyły do rusyfikacji, do odebrania języka i wiary. A nagle ta sama władza – już komunistyczna – nakazuje mówić po polsku jako obowiązek. Tworzy szkoły, sądy, teatry, instytucje. Trwało to do 1936 roku. Potem rozpoczęła się gehenna.
Pamiętam spotkanie w Dowbyszu, dawnym ośrodku tej „polskiej autonomii”, gdzie większość mieszkańców do dziś stanowią Polacy. Tam proboszcz przedstawił mnie kobiecie, która przeżyła zesłanie i straciła niemal całą rodzinę. Powiedziała zdanie, które zapadło mi głęboko w pamięć: być Polakiem w 1937 roku w Związku Sowieckim było tym samym, co być Żydem w III Rzeszy. To porównanie może szokować, ale oddaje istotę rzeczy.
Historycy, w tym badacze związani z rosyjskim Memoriałem, starali się ustalić skalę represji. Szacuje się, że zginęło około 200 tysięcy Polaków – to był co drugi mężczyzna w sile wieku. Mamy udokumentowane ponad 100 tysięcy rozstrzelanych. Uniewinnienia były niemal zerowe – zaledwie kilkaset przypadków. To pokazuje, że sam fakt bycia Polakiem oznaczał wyrok.
W jednej z relacji kobieta wspominała, jak ojciec wrócił do domu i powiedział dzieciom, że odtąd nie wolno mówić po polsku. Język polski był bowiem znakiem wrogości wobec władzy sowieckiej.
Warto też zadać pytanie: dlaczego dziś mówimy o Polakach w Kazachstanie, a nie o tych z Dzierżyńszczyzny, gdzie przed wojną stanowili znaczną część ludności? Odpowiedź jest tragiczna. Represje z 1936 roku – choć brutalne – miały charakter deportacyjny. Natomiast rok 1937 przyniósł tzw. wielki terror. Wtedy Polak jako taki był uznawany za wroga i skazywany na śmierć. Dlatego Polacy deportowani wcześniej do Kazachstanu w większej liczbie przetrwali, natomiast na terenach Białorusi wielu zostało po prostu wymordowanych.
Istotny był też inny czynnik. W czasie II wojny światowej deportowanych Polaków w Kazachstanie nie wcielano masowo do Armii Czerwonej, która ponosiła ogromne straty. Dzięki temu wielu z nich przeżyło. Dopiero później część trafiła do formowanych jednostek polskich, jak armia Berlinga.
Same deportacje również różniły się przebiegiem. W 1936 roku dawano ludziom czas na spakowanie się, mogli zabrać żywność, a transporty – choć ciężkie – nie miały jeszcze charakteru masowej eksterminacji. Natomiast w latach 1937–1938 deportacje i egzekucje przybrały już formę ludobójstwa.
Dlatego dziś Polacy są w Kazachstanie, ale w wielu miejscach dawnego osadnictwa – jak na Dzierżyńszczyźnie – niemal ich nie ma. Tamten świat został zniszczony.
Na zakończenie chcę podkreślić jedną rzecz. Od ponad trzydziestu lat mówimy o tym jako o „zapomnianym ludobójstwie”. Pisałem o tym w swoich książkach, mówi się o tym w mediach. Ale jak długo jeszcze będzie to temat marginalny? Kiedy stanie się częścią powszechnej edukacji? Kiedy nie tylko wąskie grono historyków będzie o tym dyskutować?
Mówimy o około 200 tysiącach ofiar. Każdy zna Powstanie Warszawskie. A czym była operacja polska NKWD? Niewielu potrafi odpowiedzieć. Tymczasem liczba ofiar była porównywalna, a nawet – w niektórych ujęciach – wielokrotnie wyższa niż w innych znanych zbrodniach.
Czy krew tych ludzi – kresowiaków, chłopów, drobnej szlachty – ma mniejsze znaczenie? To pytanie pozostawiam Państwu.
Dziękuję.
Szanowni Państwo, po tak znakomitym poprzedniku chciałbym nawiązać do jego wystąpienia, również zachowując dyscyplinę czasową. Jeśli chodzi o pytanie związane z Powstaniem Warszawskim i wiedzą młodzieży, nie ryzykowałbym jednoznacznych odpowiedzi – takie próby były podejmowane w Warszawie i nie zawsze wypadały pozytywnie. Sprawa jest jednak bardzo poważna.
Pan profesor Iwanow opowiadał o dwóch polrejonach, czyli polskich rejonach autonomicznych utworzonych w latach trzydziestych na sowieckiej Białorusi i Ukrainie. Mówił o wywiezionej do Kazachstanu Marchlewszczyźnie, o 120 tysiącach ludzi, którzy ze względu na narodowość zostali poddani drastycznemu procesowi wyrwania z ich prawdziwej ojczyzny – Żytomierszczyzny, gdzie żyli od pokoleń. Zwrócił też uwagę na drugi polrejon – Dzierżyńszczyznę, która miała jeszcze mniej szczęścia, ponieważ w dużej części jej mieszkańcy zostali po prostu wymordowani. Dziś, jeśli myślimy o Kuropatach, trzeba pamiętać, że to tam spoczywa także ta Polska z tamtych terenów, gdzie – jak wspomniał pan profesor – Polacy stanowili ponad 60 procent ludności. Granica ryska pozostawiła ich po wschodniej stronie państwa polskiego.
Chciałbym krótko przypomnieć, że to nie był koniec kazachstańskiej epopei narodu polskiego. Wrzesień 1939 roku przyniósł zajęcie wschodniej części Polski przez sowieckiego agresora. Celowo nie używam określenia „Kresy”, ponieważ 48 procent powierzchni kraju to nie były peryferia – w takim ujęciu mielibyśmy jedynie kresy wschodnie i zachodnie.
Zajęte przez Sowietów tereny niemal natychmiast stały się obszarem działań specjalnych aparatu bezpieczeństwa i organów represji. Wiemy o czterech dużych falach deportacji, w ramach których wywożono Polaków z okupowanej wschodniej części II Rzeczypospolitej. Rozpoczęły się one już w lutym 1940 roku i trwały do późnej wiosny 1941 roku.
Deportacje te miały inny charakter niż wcześniejsze wywózki z polrejonów. W latach 1940–1941 prowadzono je selektywnie. Celem było rozbicie polskiej społeczności zamieszkującej wschodnią część kraju poprzez usunięcie jej elit. Przy czym przez „elitę” Sowieci rozumieli praktycznie wszystkich, którzy potrafili czytać i pisać, którzy mogli stanowić oparcie dla lokalnych społeczności. Wywożono więc rodziny wojskowych – zarówno zawodowych, jak i rezerwistów – rodziny urzędników, szczególnie nauczycieli, ale także przedstawicieli niższych szczebli administracji. Wystarczyło przyznawać się do polskości i posiadać podstawowe wykształcenie.
Deportacje nie były skierowane wyłącznie do Kazachstanu – trafiano do różnych regionów azjatyckiej części Związku Sowieckiego, jednak Kazachstan był jednym z głównych miejsc zesłania. W pierwszej fali, w lutym i marcu 1940 roku, około 5,5 tysiąca osób trafiło właśnie tam. Byli oni de facto więźniami – traktowani jako automatycznie oskarżeni i skazani, bez jakiejkolwiek procedury prawnej.
Druga deportacja, przeprowadzona w kwietniu 1940 roku, była w największym stopniu skierowana do Kazachstanu – w jej wyniku trafiło tam ponad 60 tysięcy ludzi. Jej charakter był szczególny, ponieważ objęła przede wszystkim elity społeczne. Wywożono tych, którzy z perspektywy sowieckiej mogli stanowić przeszkodę w procesie sowietyzacji terenów określanych jako zachodnia Białoruś i zachodnia Ukraina.
Odbyły się jeszcze dwie kolejne deportacje. W ostatniej z nich, tuż przed niemieckim atakiem na Związek Sowiecki, do Kazachstanu trafiło ponad 12 tysięcy osób. Łącznie szacuje się, że liczba Polaków zesłanych do Kazachstanu w tym okresie wyniosła około 74–75 tysięcy.
Ich losy w czasie wojny były bardzo różne. 12 sierpnia 1941 roku władze sowieckie ogłosiły tzw. „amnestię”, przywracając zesłańcom formalnie prawa osobiste. Nie oznaczało to jednak realnej wolności ani możliwości normalnego życia.
Polacy w Kazachstanie pozostawali tam przez całą wojnę, a nawet napływały kolejne grupy. Wraz z formowaniem Armii Polskiej w Związku Sowieckim, tzw. Armii Andersa, część zesłańców przemieszczała się w jej kierunku. Szacuje się, że pod koniec 1941 roku liczba obywateli polskich w Kazachstanie mogła sięgać nawet 150 tysięcy.
Od początku istniały poważne problemy w relacjach z władzami sowieckimi. Nawet po podpisaniu układu Sikorski–Majski interpretacje jego zapisów były rozbieżne. Strona polska uznawała wszystkich przedwojennych obywateli Rzeczypospolitej za pełnoprawnych obywateli Polski, natomiast Sowieci próbowali ograniczać te prawa, różnicując ludzi według kryterium narodowościowego i prowadząc działania propagandowe, które miały skłócić różne grupy narodowościowe.
Część Polaków opuściła Związek Sowiecki wraz z Armią Andersa i towarzyszącą jej ludnością cywilną, jednak wielu pozostało. Co więcej, po 1944 roku, po zajęciu ziem polskich przez Armię Czerwoną, do Kazachstanu trafiali także żołnierze Armii Krajowej i ich rodziny.
Szacuje się, że pod koniec II wojny światowej w Kazachstanie przebywało około 70 tysięcy Polaków (nie licząc tych deportowanych jeszcze w 1936 roku). Osoby te mogły ubiegać się o repatriację i powrót do Polski. W latach 1944–1946 wróciło około 60 tysięcy osób, najwięcej w 1946 roku. W połowie lat pięćdziesiątych, w ramach kolejnej fali repatriacji, do Polski powróciło jeszcze około 12 tysięcy osób.
Warto jednak podkreślić, że w tej narracji wciąż pomijani byli Polacy deportowani w 1936 roku. Powojenne realia polityczne nie pozwalały nawet mówić o ich istnieniu. Ci, którzy nie mieli możliwości wydostania się z ZSRR – czy to poprzez Armię Andersa, czy inne drogi – pozostali w Kazachstanie, często zapomniani, aż do czasu odzyskania przez Polskę suwerenności.
Dopiero wtedy można było na nowo dostrzec tę grupę – niejako „zaginione plemię polskie” w Kazachstanie. Kończąc już mniej historycznie, trzeba powiedzieć, że szkoda, iż powrót tych ludzi do kraju trwa tak długo. Minęło ponad 30 lat od odzyskania suwerenności, a my wciąż mówimy o konieczności rozwiązania tego problemu. Chciałbym podkreślić: jest to sprawa nie tylko bardzo ważna, ale i bardzo pilna.
Dziękuję Państwu bardzo.
Dziękuję za zaproszenie. Występuję także w imieniu Stowarzyszenia Ocalenie, którego jestem prezesem, oraz w imieniu księdza z województwa bukowińskiego. Ocalenie od zapomnienia – jak zostało tu pięknie powiedziane – jest naszym celem. Chcemy ocalić pamięć.
Na początku nawiążę do rocznic deportacji. Po raz pierwszy miałem możliwość spotkać się z deportowanymi zesłańcami w 2005 roku. Jako misjonarz w Kazachstanie zobaczyłem, jak bardzo potrzebowali świątyni i kapłana. Byli ludzie, którzy przez 55 lat nie mieli księdza, żyjąc na stepie. Co ich uratowało? Pamiętam ich świadectwa – każda rodzina codziennie wieczorem odmawiała różaniec. Był on dla nich Ewangelią, modlitwą i swoistym „ósmym sakramentem”, znakiem widzialnym niewidzialnej łaski. Dzięki temu zachowali wiarę, nadzieję i Bożą miłość.
Zostałem proboszczem w Kamyszence, w parafii Matki Bożej Częstochowskiej, nazywanej Małą Polską. W okolicznych miejscowościach powstawały tablice poświęcone tym, którzy zostali wywiezieni w 1936 roku i zaraz po przybyciu rozstrzelani jako „niebezpieczny element” albo zaginęli. Byli to męczennicy i patrioci. Jak widać, Kościół zachował o nich pamięć. W swoim pamiętniku misjonarza również utrwaliłem temat deportacji.
2 kwietnia 2006 roku obchodziliśmy pierwszą rocznicę śmierci Jana Pawła II oraz siedemdziesiątą rocznicę przesiedleń. Przybył do nas arcybiskup Tomasz Peta, który odprawił Mszę świętą i mówił o tej rocznicy. Przemówienia wygłosili także świadkowie – pan Ludwik i pani Wanda, deportowani w 1936 roku. Wszyscy płakali.
Co deportowani wnieśli na tę ziemię zroszoną krwią męczenników? Ktoś z przedstawicieli polskich władz powiedział, że wnieśli wiarę i zasiali pszenicę. Przede wszystkim jednak zasiali katolickie życie duchowe. Zachowali godność Polaka i katolika. Opowiadali o swojej utraconej ojczyźnie, o kraju, z którego zostali wywiezieni. Jako katolicy nie załamali się – mimo zakazu wyznawania wiary, wielu oddało za nią życie. To byli męczennicy.
Ojciec Święty Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Astany w 2001 roku wspominał o ich losie. Mówił, że nosi w sercu cierpienia tych, którzy doświadczyli wygnania, więzienia, a także upokorzeń i przemocy za to, że nie chcieli wyrzec się wiary i polskości. Wspomniał między innymi błogosławionego Aleksandra Zaryckiego, błogosławionego Bolesława Budkę oraz sługę Bożego Aleksandra Chyrę. Przywołał także postać księdza Tadeusza Fedorowicza, którego znałem osobiście.
Trzeba tu również wspomnieć o trzech kapłanach, którzy po łagrach znaleźli się w Kazachstanie i prowadzili tam niezwykłą działalność duszpasterską: księdzu Bronisławie Dżepieckim, księdzu Józefie Kuczyńskim oraz księdzu Władysławie Bukowińskim. Ksiądz Józef Kuczyński został w 1946 roku skazany na dziesięć lat łagrów. Po zwolnieniu skierowano go do Kazachstanu, gdzie potajemnie prowadził duszpasterstwo, za co ponownie został aresztowany i skazany – łącznie spędził w więzieniach siedemnaście lat. Podobne losy spotkały księdza Bronisława Dżepieckiego, który po latach łagrów i pracy duszpasterskiej również został ponownie skazany i zmuszony do opuszczenia Kazachstanu.
Jan Paweł II mówił także o księdzu Władysławie Bukowińskim, którego podziwiał za kapłańską wierność i apostolską gorliwość. Bukowiński stał się symbolem duchowego centrum w Karagandzie – miejscu, gdzie powstało seminarium duchowne i gdzie rozwijało się życie religijne zesłańców. Papież oddał hołd wszystkim zesłańcom oraz ich duszpasterzowi.
Sam ksiądz Bukowiński pisał, że zostali wyświęceni nie po to, aby się oszczędzać, lecz aby – jeśli zajdzie potrzeba – oddać życie za powierzonych im ludzi. Takich kapłanów potrzebowali deportowani: tych, którzy udzielali sakramentów, przynosili przebaczenie i Eucharystię, umacniali chorych i pomagali godnie umierać. Przypomina mi się historia człowieka, który modlił się, by nie umrzeć bez kapłana. W chwili jego śmierci do drzwi zapukał ksiądz, który zabłądził na stepie i szukał drogi. „To ksiądz?” – zapytał umierający. „Tak, ksiądz”. „Tyle lat modliłem się o księdza”. Ta historia pokazuje rolę Kościoła i kapłana w życiu deportowanych.
Wiara katolicka była dla nich źródłem siły. Różaniec dawał im wiarę, wolność, sens życia, Ewangelię, a także pozwalał zachować język polski i kulturę. Dzięki wierze i sumieniu zachowali godność, a mimo niewoli, cierpienia i przemocy potrafili zachować wewnętrzną wolność.
Po 1991 roku zaczęły powstawać świątynie, przybywali księża. Było to dla nich ogromne wydarzenie. Pamiętam ich radość z obecności kapłana, ale też smutek, gdy musiał odjeżdżać.
Warto przytoczyć wspomnienie księdza Bukowińskiego. W jednej z wiosek pod Ałmaty w 1957 roku został powitany przez miejscowego patriarchę, pana Stanisława Lewickiego, który powiedział: „Wywieźli nas pod te góry, zostawili i wszyscy o nas zapomnieli. Nikt o nas nie pamiętał. Dopiero ksiądz do nas przyjechał”. Ludzie płakali – i ksiądz płakał razem z nimi. Były to jednak dobre łzy.
Bukowiński pisał, że czuł się szczęśliwy, mogąc być pośród tych ludzi – biednych, opuszczonych, a jednocześnie tak głęboko wierzących. Tego szczęścia nie zamieniłby na żadne zaszczyty. Podkreślał, że nie jest ofiarą losu, lecz człowiekiem, który znalazł się na właściwym miejscu.
Mimo możliwości powrotu do ojczyzny pozostał w Kazachstanie dobrowolnie – dla Polaków i dla katolików. Nie bał się nawet w sądzie mówić, że każdy człowiek ma prawo do Boga. Został skazany na trzy lata więzienia, choć groziła mu surowsza kara. Był to heroizm przebaczenia.
Dlaczego ci kapłani pozostali? Dlaczego Kościół był tam obecny? Ponieważ potrafił w obliczu przemocy przebaczać. To jest jego wielkość.
Na zakończenie warto podkreślić, że papież dostrzegł to świadectwo i w 2004 roku skierował list do Karagandy, zachęcając do pamięci o tych, którzy tak wiele wycierpieli. Postać księdza Bukowińskiego nie została zapomniana – przeciwnie, jest pamiętana jako przykład heroicznej wiary i oddania. Dobrowolnie poszedł na zesłanie, aby dzielić los deportowanych.
Miałem zaszczyt go poznać i przez lata uczestniczyć w procesie jego beatyfikacji, wsłuchując się w świadectwa ludzi, którzy go znali. Byli to wielcy Polacy. Beatyfikacja odbyła się w 2016 roku w Karagandzie, w osiemdziesiątą rocznicę deportacji.
Zapraszam do zapoznania się z działalnością naszego stowarzyszenia oraz do udziału w obchodach upamiętniających deportacje. Warto odkrywać sens tych wydarzeń. Spełniły się słowa księdza Bukowińskiego, że po śmierci będzie nadal duszpasterzował.
Deportowani także odnaleźli sens swojego losu. Nie widzieli w nim jedynie przekleństwa, lecz także zadanie. Kiedy dziś patrzy się na łany pszenicy w Kazachstanie, wielu mówi: „to Polska”.
Odwiedzając jego grób w Karagandzie, można odczuć, że to wszystko miało sens. Sens bycia dla innych.
Dziękuję bardzo.
Uroczystym akcentem honorującym prace na rzecz naszych rodaków było wręczenie Medali za zasługi dla Polaków w Kazachstanie przyznane przez Związek Polaków w Kazachstanie dla Anity Staszkiewicz, dyrektor w Stowarzyszeniu „Wspólnota Polska” i b. konsul w Kazachstanie i oraz dla Aleksandry Ślusarek, Prezes Związku Repatriantów RP.
Moderacja Joanna Fabisiak, Prezes Fundacji Świat na Tak,
Katarzyna Ostrowska Prezes Związku Polaków w Kazachstanie,
Antonina Grabowska, czł. Rady ds. Repatriacji
Moderacja Aleksandra Ślusarek, Prezes Związku Repatriantów RP
dr Natalia Rykowska, repatriantka,
Jacek Orych, Burmistrz m. Marki,
Michał Hebda, Burmistrz m. Niepołomice,
Antonina Kasonicz, współzałożycielka i b. Prezes Związku Polaków w Kazachstanie
ZDJĘCIA Z KONFERENCJI: © POLONIJNA AGENCJA INFORMACYJNA
Pierwsi Polacy znaleźli się w Kazachstanie ponad dwieście lat temu. Byli to zesłani tam konfederaci barscy i uczestnicy Powstania Kościuszkowskiego. Później w bezkresne stepy trafiali uczestnicy zrywów narodowych z XIX wieku. Tym ostatnim Kazachstan zawdzięcza pierwsze na świecie opisy jego mieszkańców i ich kultury. W tym roku mija 76 lat od masowej deportacji do Kazachstanu Polaków z Ukrainy – z Podola i Wołynia. Przez kilkadziesiąt lat byli pozbawieni kontaktów z Polską, dyskryminowani ze względu na narodowość, słuchali antypolskiej propagandy, byli wynaradawiani i musieli ukrywać życie religijne. Polska Ludowa nie interesowała się nimi, zostali zapomniani. Zachowali jednak świadomość swojego pochodzenia, a starsze pokolenie żywą wiarę i głębokie przywiązanie do Kościoła. Ci, którzy urodzili już w Kazachstanie, czują się związani z Polską i mają nadzieję, że Macierz o nich pamięta.
O deportacji Polaków zadecydowało kilka powodów. Niepowodzenie, jakim zakończył się plan ich sowietyzacji i przygotowania z nich kadr bolszewickich działających przeciwko Polsce; zdecydowane trzymanie się przez nich Kościoła i wiary; najsilniejszy w porównaniu z innymi grupami ludności opór przeciwko kołchozom w latach 1929-1930 oraz plan przygotowania terenów graniczących z Polską do planowanej z nią wojny. Polacy, uznani za "element kontrrewolucyjny", ściągnęli na siebie wściekłość Stalina i szczególnie krwawe represje pod koniec lat 30. Liczba rozstrzelanych wówczas Polaków była wszędzie, ale szczególnie na Ukrainie, procentowo o wiele większa niż wśród innych narodowości. W kwietniu 1936 r. zarządzono ich deportację z zachodnich, sąsiadujących z Polską obwodów: żytomierskiego, winnickiego i kamieniecko-podolskiego do Kazachstanu. Od maja do września wywiezionych zostało od 50 do 60 tys. Polaków.
Informację o wywózce podawano tydzień lub kilka dni wcześniej. Wolno było zabrać przedmioty domowe i krowę, jeśli ją ktoś posiadał. W towarowych wagonach umieszczano po 5-6 rodzin. Wśród czekających na dworcach płaczących ludzi krążyli komendanci NKWD, zapewniając ich, że jadą do ciepłego kraju i na żyzne ziemie, gdzie niczego nikomu nie brakuje. Wywożono wszystkie kategorie ludzi. Bogatszych i biednych, tzw. kułaków (do tej kategorii byli zaliczani także ludzie bardziej religijni) i "aktyw kościelny", to znaczy chodzących do kościoła. Przede wszystkim jednak wysiedleniu podlegali ludzie o widocznej, polskiej świadomości narodowej i religijnej. Nie wywożono ludności żydowskiej i księży. Ci ostatni zostali już wcześniej aresztowani i skazani. Podróż trwała 2-3 tygodnie. Dla wyrwanych brutalnie ze swoich rodzinnych stron ludzi, wyrzuconych na odległy o kilka tysięcy kilometrów pusty step, był to dramat trudny do opisania.
Warunki życia, na jakie zostali skazani wygnańcy, lepiej ukazują wspomnienia ludzi wywiezionych do Kazachstanu (można je spotkać tylko wyjątkowo) niż prace naukowe (ukazują je wspomnienia Marii Kuberskiej pt. "To było życie…". Wspomnienia z Kazachstanu 1936-1996, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2006. Z nich pochodzą niektóre tytuły w tekście i cytaty).
Do końcowych stacji kolejowych podjeżdżały ciężarówki i zabierały przybyszów. Jechały w step. Zatrzymywały się w miejscach, gdzie tkwiły ponumerowane paliki z napisami: "Toczka 1", "Toczka 2" (Punkt 1, Punkt 2) itd., odległe od sobie kilka kilometrów. Przy nich stały duże namioty, niedaleko była studnia. Każda "toczka" oznaczała miejsce na powstanie "posiołka" (osiedla, wioski). W namiotach, w niesłychanym tłoku, bez światła i bez jakichkolwiek mebli, mieściło się po kilkanaście rodzin. Nie było drzew. Zagotowanie wody wymagało zbierania suchych chwastów na stepie i wyschniętego nawozu krowiego (tzw. kiziaku) jako paliwa. Przez kilka dni po przyjeździe ludzie nie mogli pogodzić się z sytuacją, w jakiej się znaleźli. Głośno narzekali, czasem żądali odwiezienia ich z powrotem. Tak było w jednej z grup przywiezionej spod Żytomierza. Gdy jednak aresztowano kilku mężczyzn, którzy już nie wrócili, narzekania ustały. Już w pierwszych dniach nakazano ludziom budować domy, by mogli przeżyć zimę. Wznoszono je z pewnego rodzaju dużych cegieł z wydeptanej gliny i słomy, wysuszonych na słońcu, które każda rodzina musiała sobie sama zrobić. Nazywały się "saman". Chaty były do połowy wkopane w ziemię. Na dach kładziono rodzaj strzechy ze słomy i przysypywano ją ziemią. Poszycie przeciekało w czasie deszczu i woda zalewała mieszkanie. Niekiedy w jednym małym pomieszczeniu składającym się na chatę mieściły się dwie rodziny. Panował ścisk i trudno było mówić o higienie, zwłaszcza zimą, gdy brakowało wody. "Jezu kochany, jakie te chaty były", wspomina jedna z Polek. Pierwsze umierały małe dzieci, ponieważ nie było dla nich żadnego pokarmu, oraz ludzie starsi. Zimą, nawet po wyjściu do studni po wodę w czasie buranu (burza śnieżna), ludzie błądzili i zamarzali w śniegu. Znajdowano ich martwych po kilku dniach. Z zasypanych śniegiem chat nie można było wyjść. Powstającym osiedlom ich mieszkańcy nie nadawali nazw znanych im z Ukrainy. Obawiali się, że nie powrócą w rodzinne strony… Powstawały więc nazwy Stiepnoje, Oziernoje itp.
Deportowanych skierowano do pracy w kołchozach, gdzie byli darmową siłą roboczą. By przeżyć, należało kraść dostępne na polach płody rolne. Groziły za to surowe kary w postaci kilku lat więzienia i wielu je poniosło. Ratowała ludzi wzajemna pomoc w nielegalnym zdobywaniu żywności. Niektórym rodzinom udało się uciec do odległych sowchozów (państwowe gospodarstwa rolne), w których, w przeciwieństwie do kołchozów (spółdzielnie rolne), za pracę płacono pieniędzmi. W czasie wojny mężczyzn zabierano do "trudarmii", to znaczy do batalionów roboczych. Wielu ich nie przeżyło ze względu na panujący w nich głód i choroby. Gdy po wojnie niektórzy zaczęli uciekać z Kazachstanu, by wrócić w rodzinne strony, władze w 1949 r. wprowadziły tzw. komendanturę. Nikt nie miał prawa opuścić swojej wioski, za to wszyscy od 16. roku życia musieli co tydzień lub dwa meldować się na posterunku milicji obecnym w każdym osiedlu. Na udanie się do innego posiołka konieczne było pisemne pozwolenie komendanta, obowiązywało natychmiastowe zameldowanie się u niego po powrocie. Kto tego nie dopełnił, szedł na 15 dni do aresztu albo otrzymywał karę 100 rubli. Funkcje komendantów pełnili Rosjanie i Ukraińcy, wcześniej zamieszkali w Kazachstanie. Dopiero w 1956 r. "komendantura" została zniesiona. Wcześniej kołchoźnicy otrzymali niewielkie działki pola do własnego użytku. Sadzili ziemniaki i warzywa, dzięki czemu polepszyły się warunki ich życia. Przy chatach powstały niewielkie pomieszczenia dla zwierząt domowych. Niektórzy mieli prymitywne żarna do mielenia pszenicy, zrobione ze znalezionych kamieni przez osoby bardziej zaradne. Ludzie zaczęli budować normalne domy mieszkalne. We wspomnieniach powtarza się zdanie: "O polskości nie było mowy". Dzieci chodziły do rosyjskiej szkoły, w której wyszydzane były wiara i religia.
Deportowani zabierali ze sobą książeczki do nabożeństwa, śpiewniki i krucyfiksy. Okazało się, że w Kazachstanie władze nie tolerują praktyk religijnych i stosują terror, by je zniszczyć. Ukazuje to następujące wydarzenie. W 1941 r. zmarł w osiedlu Stiepnoj w obwodzie kokczetawskim starszy człowiek wywieziony spod Kamieńca Podolskiego. Obecna na pogrzebie jego znajoma Genowefa Bielecka wspomina, że sąsiadka zmarłego Leonida Ilnicka, matka trojga małych dzieci, w dniu pogrzebu do zebranych w chacie ludzi powiedziała: "Tak pobożny był człowiek i wynieść go z domu bez modlitwy?". Rozpoczęła odmawianą na pogrzebach w Polsce modlitwę "Anioł Pański". Odmówili ją wszyscy zebrani. W nocy zajechał przed jej chatę "czornyj woron" (czarny kruk), zamknięta i pomalowana na czarno złowroga ciężarówka używana przez NKWD do przewożenia aresztowanych i więźniów. Zabrana kobieta już nie wróciła do domu.
Wiara w Boga była jedynym oparciem moralnym deportowanych, prześladowania jej nie zniszczyły. Ludzie ci przywieźli w sobie z rodzinnych stron bogatą kulturę religijną i ona pomagała im żyć nią w podziemiu. Były to tradycyjne nabożeństwa paraliturgiczne, takie jak Różaniec, Godzinki do NMP, Droga Krzyżowa, nabożeństwa majowe i październikowe oraz tzw. pominki, czyli wspólne modlitwy za zmarłych w 9. i 30. dzień po śmierci oraz w jej rocznice. Przywiązywano do nich dużą wagę. Polacy znali na pamięć wiele dawnych pieśni religijnych. Konspiracyjnie obchodzone były niedziele i święta kościelne, pomimo gróźb, że za tajne zebranie na modlitwę pół posiołka pójdzie do więzienia. Modlono się przy szczelnie zasłoniętych oknach. Ukryte modlitwy były z reguły bardzo długie i trwały od dwóch do czterech godzin. Mizerne chaty były pierwszymi kościołami i one tworzyły najważniejszą więź społeczną, niszczoną przez system inwigilacji i zastraszenia. Starsi zastanawiali się nad tym, w jaki sposób chociaż częściowo uratować wiarę. Ich dzieci już w przedszkolach i w szkole słyszały bowiem, że człowiek, który się modli, jest ciemny i zacofany. To było główne zagrożenie. Bo chociaż starali się przekazać wiarę swoim dzieciom i wnukom, to słowa nauczyciela, że Boga nie ma, szyderstwo, kpina i ośmieszanie ludzi wierzących były skuteczną formą walki z religią. Trwała ona ponad 50 lat i nie pozostała bez wpływu. Dziś znaczna część dawnego, młodszego pokolenia zesłańców nie ma nic przeciwko wierze w Boga, ale do kościoła nie chodzi. Do kościołów idą ich dzieci i wnuki. W pierwszym okresie w utrzymaniu życia religijnego ważną rolę odegrały cmentarze i stawiane na nich krzyże. Powstały bardzo szybko i były jedynym miejscem modlitwy tolerowanym z okazji pogrzebu. To dzięki tej pierwszej przestrzeni sakralnej ziemia kazachska stała się ludziom bliższa. Nie można pominąć charakterystycznych wzmianek, spotykanych we wspomnieniach deportowanych, dotyczących Kazachów. Mówią one o tym, że w najgorszych czasach nigdy Polakom nie szkodzili, a tam, gdzie Kazach był naczelnikiem gminy, "w sprawach religii znacznie lżej było".
W połowie lat 50. Nikita Chruszczow zwolnił z łagrów więźniów politycznych, w tym księży katolickich. Kilku z nich zostało skierowanych na zesłanie do Kazachstanu. Po zorientowaniu się, że istnieją tu liczne skupiska katolików, Polaków i Niemców, podjęli wśród nich konspiracyjną i półlegalną pracę duszpasterską. Na szczególne wyróżnienie zasługują księża: Władysław Bukowiński, Józef Kuczyński i Bronisław Drzepecki, wszyscy trzej z diecezji łuckiej. Bardzo ważną rolę w ukrytym duszpasterstwie odegrał także w latach 60. wędrowny konspiracyjny duszpasterz Polaków, kapucyn ze Lwowa, o. Alojzy Kaszuba
.Wiadomości o księżach obecnych w Kazachstanie rozchodziły się błyskawicznie wśród Polaków i Niemców. Nie widziano tam kapłanów od 20 lat i dlatego budzili najwyższe zainteresowanie. Duszpasterstwo rozpoczęło się od nabożeństw i udzielania sakramentów ludziom gromadzącym się potajemnie w chatach i mieszkaniach prywatnych. Później w wykupionych domach powstały prowizoryczne kaplice. Były nieustannie przepełnione wiernymi. Ksiądz Bukowiński pracował w Karagandzie, gdzie było duże skupisko Niemców, lecz podejmował konspiracyjne wyprawy misyjne do odległych skupisk Polaków w różnych częściach Kazachstanu i gdzie indziej. Ksiądz Drzepecki zbudował kaplicę w Zielonym Gaju w północnym Kazachstanie, gdzie miał bliską rodzinę deportowaną z Podola, i był duszpasterzem kołchoźników. W północnym Kazachstanie, w miejscowości Taincza, znalazł się także ks. Kuczyński. W okolicy żyło ok. 20 tys. Polaków. Byli też Niemcy. Maria Kuberska z Tainczy pisała o nim, że "był pierwszym objawieniem Bożym w Kazachstanie" i jemu zawdzięcza nawrócenie. Przybycie księży do tych ostatnich miejscowości było wynikiem listów i próśb miejscowych ludzi. Ze względu na nich wspomniani trzej księża przyjęli obywatelstwo sowieckie i zrezygnowali z powrotu do Polski.
Wielki napływ wiernych do miejsc kultu spowodowany obecnością księży i ich pracą zaskoczył i zaniepokoił władze. Pod koniec 1958 r., po z górą dwóch latach ich niezwykłej pracy, zostali aresztowani i skazani na kilka lat łagrów. Ksiądz Kuczyński dostał wyrok 10 lat. Oskarżony został o posiadanie radiostacji i rozmowy z Ameryką i z Watykanem. Z tego wyroku odbył siedem lat jako górnik kopalni węgla w Workucie. Władze miały powód do niepokoju. W maju 1957 r. ks. Kuczyński pisał do kolegi w Polsce: "Ochrzciłem już pięć tysięcy", i dodawał, że ma pracę najowocniejszą, jaką miał kiedykolwiek w życiu. Gdy delegacja wiernych z Tainczy prosiła naczelnika obwodowego Urzędu ds. Kultów Religijnych w Kokczetawie o jego zwolnienie, usłyszała w odpowiedzi, że jest niemożliwe: "Co on zdziałał za dwa lata, my za dwadzieścia lat nie odrobimy".
Można się zadumać nad planami Opatrzności. Jeszcze dwadzieścia lat trwała walka z religią i pełne poświęcenia starania o rejestrację kaplicy lub przyjazd księdza. Biorąca w nich udział bardzo zasłużona dla życia religijnego Anna Rudnicka z Krasnoarmiejska w północnym Kazachstanie wspominała, że pod koniec lat 60. aż 70 razy do obwodowego Urzędu ds. Kultów Religijnych w Kokczetawie jeździły delegacje z tej miejscowości z podaniami o rejestrację kaplicy. Na jej zakupienie dał środki o. Kaszuba, któremu ludzie za jego ofiarną pracę dawali tyle pieniędzy, że miał ich w nadmiarze. Zmarł we Lwowie z wyczerpania w 1968 roku. Gdzie indziej analogiczne starania wyglądały podobnie. Dziś we wspomnianych i innych miejscowościach w Kazachstanie, w których z niezwykłym poświęceniem pracowali wspomniani księża, stoją kościoły. Pracuje w nich kilkudziesięciu księży, w tym ok. 30 z Polski, i ponad 50 zakonnic. W 1995 r. powołane zostało do życia w Karagandzie seminarium duchowne. Kilkuosobowa grupa alumnów studiuje w różnych seminariach duchownych, także w Polsce. To wszystko by nie zaistniało bez życia religijnego w rodzinach polskich i niemieckich pomimo trwających kilkadziesiąt lat prześladowań i odważnej walki o prawo do swobód religijnych w systemie sowieckim. Wymagała ona wielu poświęceń zarówno kapłanów, jak i wiernych. "To byli prawdziwi Polacy", mówiła o swoich rodakach z obwodu kokczetawskiego Anna Rudnicka. W tej walce niezastąpioną rolę odegrali pierwsi księża polscy, którzy w połowie lat 50. przybyli do Kazachstanu. We wrześniu 2001 r., do stolicy tego kraju, Astany, przybył Ojciec Święty Jan Paweł II i dwukrotnie przemówił po polsku do rodaków. Witał także tych, którzy przyjechali z Uzbekistanu, Tadżykistanu, Turkmenistanu i Kirgistanu. To była niezwykła ich nobilitacja jako Polaków w oczach innych narodowości, a przede wszystkim nagroda za wierność Kościołowi i Polsce i za lata poniżenia.
Rozwiązanie się ZSRS radykalnie zmieniło dotychczasową sytuację religijną i narodowościową w Kazachstanie. Rozpoczęła się repatriacja różnych narodowości zesłanych do tego kraju. Wyjechali Niemcy, Litwini, Łotysze, Żydzi, Ukraińcy, Węgrzy, a także Rosjanie. Polska bardzo zawiodła nadzieje kazachskich Polaków. W latach 90. uchwalono wprawdzie ustawę mówiącą, że każda gmina w Polsce może zaprosić rodzinę polską z Kazachstanu, gdy zapewni jej mieszkanie i pracę. Istniejące w naszym kraju 1586 gmin wiejskich, 586 gmin wiejsko-miejskich i 306 gmin miejskich tylko w niewielkiej części zainteresowało się tą formą repatriacji rodaków ze Wschodu.
Spisy ludności wymieniają znacznie ponad 40 tys. Polaków w Kazachstanie. Najstarsze pokolenie marzy o Polsce, ale nie myśli o wyjeździe, choć mówi: "Nas wypędzili z Ojczyzny. Tu nie moja ojczyzna. To ziemia cudza". Dla tych ludzi za późno na repatriację. Natomiast młodsze pokolenie, pomimo prawnego pojawienia się warunków zachowania polskości (możliwość tworzenia oświaty polskiej i organizacji polskich) i swobód religijnych, nie widzi pespektyw dla siebie i swoich dzieci w Kazachstanie i szuka możliwości opuszczenia tego kraju. Przyczyny są oczywiste. Nieznany Polakom, trudny język kazachski stał się językiem urzędowym, co sprawia, że są oni spychani na margines, tracą dotychczasowe stanowiska, a nawet pracę. Budzi się nacjonalizm, który ich niepokoi. Dochodzą ich głosy: "Gośćmi u nas jesteście, wracajcie do siebie", niekiedy o wiele mocniejsze. Młodzi, mając do wyboru: pozostać lub wyjechać gdziekolwiek, jeśli tylko mogą, wybierają to drugie. Ich świadomość narodowa bywa różna. Wyjeżdżają do Rosji lub do Niemiec. W okręgu kaliningradzkim koło Ozierska są już trzy polskie wioski. Przyjechali tu, by być bliżej Polski. Ci, którym udało się przyjechać na studia do Macierzy, po ich ukończeniu nie myślą o powrocie. Nie mają do czego. Jest w Kazachstanie grupa inteligencji polskiego pochodzenia, lecz jest ona zwykle wynarodowiona i rozproszona po olbrzymiej przestrzeni tego kraju. W 2009 r. prezes Związku Polaków w Kazachstanie Witali Swincicki został mianowany przez prezydenta Nursułtana Nazarbajewa zastępcą przewodniczącego Zgromadzenia Narodu Kazachstanu, ciała konsultacyjnego przy prezydencie. W tym samym roku stwierdził, że powinien być kontynuowany proces repatriacji Polaków.
Ks. prof. Roman Dzwonkowski
Nieżyjący już ksiądz ks. prof. Roman Dzwonkowski, człowiek niezwykłej mądrości i dobroci, duchowny rzymskokatolicki, pallotyn, socjolog, profesor nauk społecznych, nauczyciel akademicki. Łączył pasję naukową z potrzebą niesienia pomocy innym, w szczególności naszym rodakom na Wschodzie. Być może dlatego, że doskonale znał i rozumiał polskie losy jakie zgotowała nam historia na Kresach.
Ksiądz Profesor Roman Dzwonkowski był oddany bez reszty duszpasterstwu Polaków na Wschodzie. Niósł pomoc naszym rodakom w Związku Sowieckim jeszcze w czasach, gdy działalność ta wymagała osobistej odwagi i podejmowania świadomego ryzyka. Jako jeden z 87 założycieli był przy narodzinach Stowarzyszenia Wspólnota Polska” i stał się dla powstającej organizacji skarbnicą wiedzy o środowiskach polskich poza wschodnią granicą. W 1990 roku został wybrany do Rady Krajowej Stowarzyszenia pierwszej kadencji i pozostawał jej członkiem do śmierci.
OPRACOWANIE GRAFICZNE - RELACJA - MULTIMEDIA - PATRONAT MEDIALNY
POLONIJNA AGENCJA INFORMACYJNA
