
Mawiał o sobie "Moim powołaniem jest służba publiczna" i miała ona wiele wymiarów. Jak Marszałka Płażyńskiego, prezesa Stowarzyszenia "Wspólnota Polska" wspominali ludzie, którzy zetknęli się z Nim na drodze zawodowej lub osobistej.
Był ciepłym ojcem, który pozwalał nam popełniać błędy i się na nich uczyć. Nikt nie przypuszczał, że to takiej sytuacji może dojść. Do takiej katastrofy. Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba. Tata był osobą, która chciała dawać swoim dzieciom swobodę. Ale też uczył, że za wszystkie decyzje ponosi się konsekwencje. Był zasadniczy, pryncypialny, miał wartości, którym był wierny. Lubił ryzyko. Ale jednocześnie był bardzo rozważny.
Ojciec był wzorem postawy jaką trzeba w życiu reprezentować. To, aby być solidnym, prawdomównym, przywiązanym do słowa. Był wspaniałym ojcem. Kochałem tatę, wiedzieliśmy, że robi bardzo ważne rzeczy, byliśmy bardzo wyrozumiali na jego częstą nieobecność w domu. Kiedy wracał to było wiele radości. Byliśmy z niego dumni, z tego co robił. Mimo, że korzenie, wspólnota są w naszej rodzinie niezwykle ważne, to tata nigdy nie należał do osób, które dużo mówiły. Od czasu do czasu przekazywał coś niepozornie, a potem miało to dla mnie ogromną wartość. Jak na przykład historia o pradziadku - Maksymilianie Płażyńskim, który był żołnierzem Pierwszej Kompanii Kadrowej marszałka Piłsudskiego.
Ceniłem bardzo Pana Macieja Płażyńskiego i choć tego nie rozgłaszałem – on był moim kandydatem na prezydenta Rzeczypospolitej.
Przesłanki do takiej oceny Pana Płażyńskiego były bardzo proste. Nie mówił dużo, a to, co powiedział miało sens. W obejściu wyczuwało się, że jest człowiekiem skromnym i bardzo grzecznym. Nie szukał oklasków, a miał wolę czynienia dobrze. Nie afiszował się swoją wiarą, a był rzetelnym synem Kościoła. Dało się także wyczuć, że jest człowiekiem zasad, respektującym wartości niezmienne i jest przekonany o słuszności takiej drogi w kształtowaniu stylu życia publicznego.
Maciej Płażyński był człowiekiem, który swoją rolę – polskiego polityka – traktował niezwykle poważnie, w kategoriach publicznej służby i obowiązku wobec społeczeństwa. Będąc tak uczestnikiem, jak i obserwatorem polskiej polityki mogę z odpowiedzialnością stwierdzić, że niekiedy nad etosem służby górę bierze sukces w politycznych grach, nad rzetelnością dominuje medialna sprawność.
Ten świat obcy był Maciejowi i boję się, że jego przedwczesna śmierć symbolizuje w pewien sposób odchodzenie w przeszłość pojęcia polityka, jako obywatela obdarzonego mandatem społecznego zaufania i przejętego republikańską troską o dobro wspólne. Maciej politykę traktował niezwykle poważnie, jako realizację wspólnych, ważnych społecznie przedsięwzięć i projektów. Odrzucał zarazem zdecydowanie grę polityczną dla niej samej, podobnie jak ideę władzy, która nie służy realizacji wspólnego dobra.
W 1996 r., gdy premier Cimoszewicz zamierzał odwołać Macieja Płażyńskiego z funkcji wojewody, Komisja Krajowa „S” i Zarząd Regionu Gdańskiego wspólnie zorganizowały wielotysięczną demonstrację i wiec poparcia dla Macieja. Była to jedna z największych akcji protestacyjnych „Solidarności” w Gdańsku po 1989 roku.
Później, gdy tworzyliśmy listy wyborcze AWS z radością powitałem Go na listach wyborczych naszej koalicji. Wkrótce po wyborach, w trakcie pierwszego posiedzenia klubu w sali plenarnej Sejmu, poprosiłem Macieja na osobistą rozmowę, podczas której zaproponowałem, aby objął funkcję marszałka Sejmu. Była to moja osobista decyzja, którą podjąłem mając na uwadze naszą wcześniejszą współpracę.
Nie wiem, czy dla dzisiejszego pokolenia Polaków to, że ktoś jest człowiekiem porządnym i uczciwym ma znaczenie, wiem jednak na pewno, że sfera publiczna bez takich ludzi traci sens. Takim właśnie człowiekiem był w moich oczach Maciej Płażyński. Trudno w to uwierzyć, ale nie widziałem go nadużywającego alkoholu, rozglądającego się za kobietami, czy włóczącego się po rozmaitych imprezach lub restauracjach. Był taki staromodny, uważał, że albo rodzina albo praca. Uczciwość nakazywała mu też mówić nielubianą przez innych prawdę. Nie unikał rozmów o swojej odpowiedzialności za takie lub inne sprawy. Często nie był wygodnym partnerem, ale jak już powiedział, że coś zrobi to zawsze to robił.
Maciej Płażyński był dobrym człowiekiem, który starał się być wierny Bogu, Ojczyżnie i Rodzinie.
To był człowiek niezwykły, osoba, która potrafiła znakomicie zarządzać swoimi obowiązkami. Potrafił też słuchać, rozmawiać i był dobrym przyjacielem. W Gdańsku studiował prawo i tu spotkał się z opozycją, z ruchem oporu, który na Pomorzu zawiązał się dość szybko. Maciej Płażyński był związany z Ruchem Młodej Polski, także podczas stanu wojennego działał w opozycji.
Wszyscy mówią, że Maciej Płażyński był dobrym gospodarzem regionu. Co po nim pozostało? - Bycie pierwszym niekomunistycznym wojewodą za czasów SLD nie było łatwe. Zostawił po sobie spory dorobek, jeśli chodzi o inwestycje, które powstawały w czasach, kiedy jeszcze nie było mowy o środkach europejskich. Jego decyzje związane np. z komunalizacją mienia państwowego i przekazywanie je gminom czy pierwsze prywatyzacje to rzeczy, które do tej pory kwitną. Należy tu wspomnieć budowę trasy W-Z, która ominęła ruch w centrum gdańska, budowę mostu wantowego czy przekazanie Uniwersytetowi Gdańskiemu terenu pod budowę kampusu.
Ważną sprawą w jego całej aktywności było dostrzeganie człowieka. - Był jednym z wojewodów, który najlepiej radził sobie z bezrobociem, aktywnie działał na polu budowy nowych miejsc pracy. Jego hasłem, które mu przyświecało, było "W Polsce nie ma ludzi niepotrzebnych" .
TŁUMACZENIE DŁUŻSZYCH TEKSTÓW MOŻE POTRWAĆ CHWILĘ...