Polskie losy. Z Żytomierszczyzny pod Chabarowsk (3)

Z Cudnowa pani Adela Romanowska wraz z matką i innymi rodzinami i dobytkiem została towarowym pociągiem przewieziona do sioła Leninskoje w Jewriejskiej Obłastii.

Wieś w Kraju Chabarowskim, nad Amurem, fot. venividi.ru

W odróżnieniu od Polaków zesłanych z Żytomierszczyzny do Kazachstanu pani Adela nie wspomina swojej podróży na Daleki Wschód jako traumatycznego przeżycia.

- Jechaliśmy w wagonach towarowych, w których zrobione były półki, na których spałyśmy z mamą i rodziną siostry – mówi. – Na rok przed wyjazdem urodziło jej się kolejne dziecko, więc w wagonie jechało sześć jej pociech. Inwentarz jechał w innych wagonach. Krowy osobno, świnie osobno, kury i króliki osobno. Od czasu do czasu pociąg się zatrzymywał i wtedy wszyscy, którzy jechali, karmili swoje krowy i świnie. Na stacjach dla krów dawali nam siano. Każda rodzina dwa razy na dobę otrzymywała gorący posiłek. Pamiętam, że po wagonach chodził jakiś człowiek i uprzedzał: „na takoj a takoj stancji budtie gatowy, budiet abied”.  Potem na peronie szli z kotłem i rozdawali porcje kaszy z mięsem i kipiatok. Jechaliśmy w sumie przez cały miesiąc. Ruszyliśmy 28 kwietnia, a pociąg w Leninsku zatrzymał się 2 czerwca. Leninsk leżący nad Amurem przy chińskiej granicy nie był niestety końcem naszej eskapady. Mieliśmy jeszcze barką towarową, ciągniętą przez parowiec udać się w dół rzeki do miejscowości Jekatierina Nikolska, dawnej granicznej kozackiej stanicy. Zajęło to nam kilka dni. Gdy zatrzymaliśmy się na Amurze u podnóża piaszczystej góry i wyszliśmy na brzeg, to się wszyscy przeraziliśmy. Nie zobaczyliśmy śladu żywego człowieka, tylko dziką przyrodę. Dopiero po chwili okazało się, że sioło w którym mamy zamieszkać, mieści się na tej górze. Gdy weszliśmy na nią z dobytkiem okazało się, że jest to osada składająca się z czterech ulic. Jedna biegła równolegle do Amuru, a trzy prostopadle do niej. Wieś zdecydowanie różniła się od tych, do których przywykłyśmy na Ukrainie. Na Żytomierszczyźnie wszystkie domy, nawet u najbiedniejszych gospodarzy były bielone. Jak gospodynie nie miała wapna, to pomogli jej sąsiedzi. Przed każdym domem był ogródek z kwiatami, a za nim znajdowały się zabudowania gospodarcze i rosło kilka drzewek owocowych. Tu nie, wszystkie domy były czarne i stały wprost na ulicy. Żaden nie miał ogródka. Tylko działka za każdym z nich była okazała i znacznie większa od tych na Ukrainie. Nam przydzielono dom przy drugiej ulicy. Z jednej strony zamieszkiwali Zaborowscy, a z drugiej rodzina Uszakowych. Jak się dokładnie rozejrzałam po okolicy to zobaczyłam, że u podnóża góry na środku Amuru jest wyspa, przez jej środek biegła granica. Wtedy faktycznie nie była to granica sowiecko-chińska, ale sowiecko-japońska, bo Japończycy zajęli północne Chiny. Na tej wyspie często ginęli bez wieści sowieccy pogranicznicy. We wsi znajdowała się bowiem duża strażnica sowieckich Wojsk Ochrony Pogranicza. U Zaborowskich mieszkał też lejtnant służący w tej strażnicy. Taki miły człowiek, który jak przechodził obok naszego domu, to się uśmiechnął, czy  zażartował, jak widział mnie czy mamę na podwórku. Któregoś dnia, a była to jak pamiętam niedziela, gdzieś koło południa szedł ulicą zasępiony. Gdy zobaczył mnie stojącą we wrotach podwórka zapytał: „niczego nie słuchała?” Wzruszyłam ramionami i odpowiedziałam: „niet!”. Nie mieliśmy przecież radia, czy jakiegoś innego źródła informacji. On zaś oświadczył z powagą: „naczałas wojna!”. Ja na chwilę zbaraniałem i wymamrotałam: „wojna?! Kak?”. Mama widząc , że rozmawiam z mieszkającym u sąsiadów sowieckim oficerem, wyszła przed dom i jak dowiedziała się, ze wybuchła wojna, złapała się za głowę. Zaczęła płakać i krzyczeć, że już więcej nie zobaczy syna! Brat pozostał bowiem na Ukrainie i pracował w połtawskim obwodzie. Słysząc krzyki i szlochania mamy, na ulicę wyszło kilku sąsiadów pytając – co się stało? – Wtedy oficer jeszcze raz powtórzył wszystkim, że dziś o czwartej rano Niemcy przekroczyli granicę! Wszyscy komentowali to wydarzenie spodziewając się najgorszego! Dla nas to najgorsze jednak szybko nie przyszło. Wojna toczyła się o tysiące kilometrów i w naszej miejscowości odciętej od świata za bardzo się jej nie odczuwało. Tylko pogranicznicy zaostrzyli kontrolę. Nie wolno już nam było schodzić na brzeg Amuru. Pogranicznicy ustawili tam płot z drutu kolczastego i zasieki. Wykopali też jakieś bunkry ziemne i umocnienia polowe, szykując się do odparcia japońskiego ataku. Mama dostała zwrot listu wysłanego do brata z adnotacją, że nie może on być dostarczony adresatowi. Przez całą wojnę nie wiedział, jaki jest nasz adres, ani jak żyjemy” – wspomina Adela Romanowska.

Ja zostałam zapisana do dziesięciolatki, jaka została otwarta od nowego roku szkolnego. Gdybym zdecydowała się pojechać do rejonu i zdać egzamin, to przyjęliby mnie od razu do dziesiątej klasy, ale ja się bałam. Chodziłam do szkoły polskiej, a później ukraińskiej i nie znałam dobrze języka rosyjskiego. Uczyłam się rosyjskiego jako przedmiotu. Nie znałam dobrze terminologii i bałam się, że sobie nie dam rady. Zanim poszłam do szkoły wraz z matką, siostrą, jej mężem i innymi mieszkańcami osady zostałam włączona do grupy roboczej przeznaczonej do zbioru ryżu. W naszych okolicach były bowiem wcześniej koreańskie wioski, których mieszkańcy w rozlewiskach Amuru sadzili ryż. Sowieci przed naszym wyjazdem ich wszystkich wysiedlili do Kazachstanu i nie zdążyli zebrać swoich plonów. Ci „primorscy Korejcy” mieszkali m.in. we wsiach Błagosławionne i Stołbowe. Po  zebraniu ryżu, kazano nam go sadzić na plantacjach. Później od rana do wieczora pracowałyśmy w kołchozie. 1 września 1941 r. poszłam wraz z innymi rówieśnikami do szkoły. Zebrali nas w szkolnym klubie, który, jak później się okazało, był kiedyś cerkwią i powiedzieli, że owszem rok szkolny się zacznie, ale dopiero jak wszystkie plony z pól zostaną zebrane. Następnego dnia pojechaliśmy na kołchozowe pole. Gospodarstwo kołchozowe było ogromne. Niektóre kawałki leżały 20-25 km od osady. We wsi zostały sformowane cztery brygady, które były wywożone na pola i tam zostawały na noc, śpiąc na świeżo wymłóconej słomie, którą zbieraliśmy za kombajnami. Jeszcze i dziś pamiętam tę koszmarną robotę, bo wszyscy byliśmy zakurzeni, a nie mieliśmy się gdzie umyć… Na polu była taka szopa, w której po pracy spaliśmy. Mężczyźni na dole, a dziewczęta na poddaszu. Któregoś dnia już chciałyśmy się zbuntować i iść nocą do domu, ale bałyśmy się. Od osady dzieliło nas 11 km, ale droga do niej wiodła przez tajgę, a w niej roiło się od wilków, to był wciąż dziki kraj. Gdy wróciliśmy do wioski po paru dniach, znów kazano nam przyjść do szkoły. Okazało się jednak, że znów na jeden dzień. Ponownie pognano nas do roboty. Zjechaliśmy z niej po kilku dniach, ale gdy tylko znaleźliśmy się w wiosce, coś nas zelektryzowało. Na Amurze stał parowiec i trzy, czy cztery barki. Po wsi kręcili się też jacyś wojskowi. Szybko okazało się, że mężczyzn biorą do armii. Jak następnego dnia udaliśmy się do szkoły to okazało się, ze brali nie tylko mężczyzn. Zmobilizowano też prawie wszystkich chłopaków z naszej klasy. Zostało ich tylko dwóch – Wania Sobolew i Misza Sapożnikow. W sumie w dziewiątej klasie uczyło się nas dziewięć osób. Przez zimę przerabialiśmy intensywnie program dziewiątej klasy, bo wiosną mieliśmy znów wyruszyć w pole do roboty, żeby zastąpić mężczyzn powołanych do armii” – dodaje.

Cdn.

Marek A. Koprowski

Zobacz także:

Polskie losy. Z Żytomierszczyzny pod Chabarowsk (1)

Polskie losy. Z Żytomierszczyzny pod Chabarowsk (2)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

 
  • Wspierają nas:
  • Copyright by Stowarzyszenie Wspólnota Polska
  • Strona finansowana przez SENAT RP