Kaplica, którą ostatecznie władze przekazały wiernym w Kamieńcu przy „Nigińskim Szose”, pełniła niegdyś rolę kaplicy cmentarnej. Została zbudowana w latach 1810-1812 i w przyszłym roku będzie obchodzić jubileusz 200-lecia istnienia.
Jej wierni remontowali ją przez rok, od 1978 do 1979 r. Została uroczyście poświęcona 8 września 1979 r. w Święto Narodzenia NMP. Wiernym pomagał w załatwianiu materiałów budowlanych ks. Marcjan Trofimiak, obecny ordynariusz łucki, też działający na tym terenie. To on we Lwowie przy pomocy ks. Ludwika Kamilewskiego załatwił blachę na pokrycie dachu kaplicy. Przywoził ją zaś Kazimierz Polakowski z sekretarzem parafii Borysem. Jechali wioząc ze sobą gigantyczną kwotę 14 tys. rubli.
Remont kaplicy został przeprowadzony w czynie społecznym. Brali w nim udział nie tylko mieszkańcy Kamieńca, ale ze wszystkich miejscowości w których na Podolu mieszkali Polacy i katolicy. Największy wkład jak zwykle przy takich okazjach miały kobiety. Zdarzało się, ze na budowie pracowało i sto osób. Gdy kaplica była już pokryta, do Kazimierza Polakowskiego przyjechał przerażony przedstawiciel władzy, niejaki Szewczuk i mówi: „Polakowski, nasza władza nie spodziewała się , że jej tu kościół zbudujesz”.
Remont kaplicy obfitował też w momenty humorystyczne. Obok kaplicy na sąsiedniej posesji stało pokaźne popiersie Lenina, ustawione na części starego cmentarza, w miejscu krzyża, by zdesakralizować przestrzeń zniszczonej nekropolii. Gdy kaplica odzyskiwała dawny blask, przy popiersiu Lenina odpoczywali ludzie pracujący przy jej remoncie. Wyglądało to, jakby wszyscy byli na partyjnym „subotniku”, którego celem była odbudowa zrujnowanej kaplicy. Początkowo władze nie zwracały na to uwagi, ale jak po wizycie wspomnianego Szewczuka zorientowały się w sytuacji, nie bez kąśliwej uwagi Kazimierza Polakowskiego, w nocy popiersie Lenina z przykościelnego placu zabrali…
Gdy kapliczka została odbudowana, wierni z Kamieńca zaczęli się starać o stałego kapłana.
- Pojechaliśmy do Chmielnickiego do wydziału kultu z delegacją, by prosić pełnomocnika o przydział kapłana – wspomina Kazimierz Polakowski. – Pełnomocnik wysłuchał naszej prośby i odpowiedział- chcecie księdza, to sobie znajdźcie! – My w odpowiedzi – dajcie nam ks. Jana Olszańskiego. On na to: – Nie, jego wam nie damy. Byście go zamęczyli, a nam jest go szkoda! Nawet nie proście!
Władze z pewnością ks. Jana nie chciały zaakceptować na stanowisku proboszcza w Kamieńcu Podolskim, ale nie da się wykluczyć, że pełnomocnik w tym przypadku powiedział to, co myślał. Sam ks. Olszański już jako biskup przyznał, że spotykał się z przejawami sympatii pełnomocnika d.s. kultów religijnych. Gdy ciężko chory i jechał do szpitala w Chmielnickim, pełnomocnik kazał mu udać się pod nazwiskiem Wnukowski. Gdyby leżał pod własnym nazwiskiem, mógłby go ktoś, zdaniem pełnomocnika, skrzywdzić, np. otruć. Gdyby ks. Jan został proboszczem odrodzonej parafii w Kamieńcu Podolskim, to nie jest wykluczone, że nie doczekałby swego biskupstwa. Pracy było w nim tyle, że wierni zamęczyliby go na śmierć…
Kamienieccy wierni, szukając stałego proboszcza, ściągnęli do siebie litewskiego kapłana jezuitę Jana Zubrusa, kapłana z diecezji Koszedary. Stan jego zdrowia i wiek nie pozwalał jednak na tak intensywną działalność duszpasterską. Później zastąpił go ks. Juozas Budrevicius kapłan z archidiecezji wileńskiej. Dzięki jego posłudze parafia okrzepła. Mimo, ze w małej kapliczce o powierzchni 115 m kw. Mieściło się niewiele osób, to w nabożeństwach brało udział kilkaset i więcej osób. Stali na placu przy kaplicy niezależnie od warunków pogodowych… Władzom nie bardzo się to podobało. Nabożeństwu zawsze towarzyszyła milicja, nauczyciele i dyrektorzy szkół sprawdzający, czy w nabożeństwie nie biorą udziału dzieci i młodzież, co w świetle sowieckiego prawa było zakazane. Na tym tle dochodziło między wiernymi a władzami do licznych scysji. Ich apogeum nastąpiło podczas jednego ze świąt Wielkiej Nocy. Dwie dziewczynki z rodziny Razowskich, nie zważając na kordon milicji, przeszły na stronę modlących się. Dwóch milicjantów ruszyło za nimi i napotkało na opór starszych kobiet, które ich najzwyczajniej przegoniły. Lider wspólnoty Kazimierz Polakowski uznał wkroczenie milicjantów na teren modlitwy za czynną napaść milicji na wiernych. Napisał skargę i z drugą parafianką poszli do miejskiego komitetu partii. Zostali przyjęci przez jednego z sekretarzy, który przyznał im rację, że milicjanci nie powinni zakłócać nabożeństwa.
- Prosił nas, byśmy nigdzie pisma naszego nie posyłali – wspomina Kazimierz Polakowski. – My jednak pojechaliśmy z nim jeszcze do pełnomocnika d.s. kultu do Chmielnickiego. Ten nas przyjął, a ja mu mówię, jak to, tak najpierw rejestrujecie parafię i dajecie zgodę na księdza, a potem nas gonicie. On też przyznał, że milicjanci postąpili niesłusznie. Kazał nam się nie przejmować i obiecał, że porozmawia z milicją w Kamieńcu, żeby nie robiła nam trudności. My na wszelki wypadek pismo do Kijowa żeśmy wysłali. Jakiś skutek nasze działanie odniosło. Kordon wokół naszej kapliczki znacznie został zmniejszony. Było nam trochę lżej. Ludzie zaczęli przyjeżdżać na nasze nabożeństwa coraz więcej. W kapliczce nie mieścili się nawet najbardziej potrzebujący, głównie starsi, którzy nie mogli już stać. Zaduch w niej był straszny. Zdarzało się, ze ludzie mdleli, tracili przytomność. Jedna osoba w zakrystii zmarła. Zaczęliśmy wtedy starać się o przekazanie nam kościoła dominikańskiego. Tu jednak władze były bardzo stanowcze. Odpowiedziano nam, że: „kościół znajduje się w stanie awaryjnym i my boimy się, żeby się nie zawalił i nie pozabijał ludzi”. Wtedy postanowiliśmy walczyć o zwrot katedry, zamienionej na muzeum ateizmu. Wszelkie nasze pisma i wizyty w urzędach nie dawały nic. Wtedy zaczęliśmy pisać pisma do władz, w których ostrzegaliśmy, że wśród nas są ludzie tak zdesperowani, że na znak protestu przeciwko decyzji władz w sprawie katedry są gotowi popełnić samospalenie. Władze się tego przestraszyły. Przed jednym z najbliższych nabożeństw przyjechał do nas pełnomocnik d.s. kultu z Chmielnickiego wraz ze swym zastępcą i jeszcze jakimś urzędnikiem. Podszedł do mnie i mówi: – Bądźcie łaskawi pokazać nam te osoby, które chcą popełnić samozapalenie. – Przechodziła obok mnie akurat starsza babcia, którą odruchowo wskazałem. Zapisali jej nazwisko i pytają jeszcze – a gdzie inni? – Powiedziałem, że zaraz przyjdą. Wtedy przed ołtarzem, który był ustawiony w drzwiach kaplicy, by mógł być widoczny dla wiernych zebranych przed nią, stanęła Witia Borowska i zadeklarowała: – Ja pierwsza się spalę! Po niej takie deklaracje zaczęli składać inni. Zrobił się straszny hałas i szum. Przed świętem apostołów Piotra i Pawła pojechaliśmy do Chmielnickiego walczyć o katedrę. Od rana zaczęliśmy gromadzić się pod „Białym Domem”. Ludzie dojeżdżali autobusami, taksówkami, ciężarówkami, kto jak mógł. Od 8 do 13 pod siedzibą władz obwodowych zebrała się masa ludzi. Te za wszelką cenę starały się uniknąć rozgłosu i demonstracji. Nie chciały używać siły i dążyły, by sprawę załatwić po cichu. Wiał już wiatr pierestrojki i szło nowe. Przewodniczącego Obwodowego Komitetu Wykonawczego nie było. Wyszedł do nas jego zastępca i mówi: – Dobrzy ludzie! Idżźcie do domu! Obiecuję wam, że zrobimy wszystko, żeby było dobrze. Zrozumcie nas, mamy dużo roboty. My jednak nie ustępowaliśmy. Powiedziałem mu, że nie odejdziemy dopóki nie osiągniemy konkretnego rezultatu. Zaprosił nas wtedy do sali i oświadczył, że do Kamieńca Podolskiego jutro przyjedzie delegacja, która będzie w stanie podjąć wszelkie decyzje. Następnego dnia delegacja istotnie przyjechała. Składała się z całego naczalstwa obwodu i jakiegoś przedstawiciela z Kijowa. Zasiadła w gabinecie I sekretarza rajkomu i zaprosiła delegację parafii na spotkanie. Nie poszliśmy oczywiście sami. Za nami poszedł tłum kobiet, które od razu zablokowały cały korytarz. Wyjęły chleb i kefir i jakieś jedzenie dając wyraźnie do zrozumienia, że mogę tu długo siedzieć i łatwo wyrzucić się nie dadzą. Po długich targach władze zgodziły się, że pozwolą nam w Święto Aposotłów Piotra i Pawła odprawić Mszę św. z okazji odpustu w katedrze. Miała to być jednak tylko jedna Msza św., po której w katedrze dalej miało funkcjonować muzeum ateizmu. Zgodziliśmy się , ale pod warunkiem, że władze wyniosą z niego część wyposażenia muzeum stojącego w głównej nawie. One się zgodziły i mogliśmy uczestniczyć we Mszy św. w muzeum. Ustawiliśmy tam zaimprowizowany ołtarz i już nie pozwoliliśmy go wynieść. W następną niedzielę znów odprawiliśmy w katedrze Mszę św. i tak stopniowo dobiliśmy się tego, ze świątynia była nasza…
Pan Kazimierz Polakowski opowiada trochę na skróty. Walka o katedrę trwała wiele lat. Dopiero w 1990 r., gdy ZSRR trzeszczał w szwach, władze zdecydowały się zlikwidować działające w katedrze muzeum i oddać ją wiernym. Władze partyjne obawiały się, że zwrot kaplicy przyczyni się do odrodzenia środowiska polskiego w Kamieńcu. Sugerowały, że jak Polacy odbiorą katedrę, to trzeba będzie oddać im wszystko, że będą się panoszyć, deptać Ukraińcom po głowach i zaprowadzać polską władzę. Zaczęły mobilizować aktyw robotniczy i studencki do wyrażania sprzeciwów wobec zwrotu Polakom katedry. Kazimierz Polakowski był często zatrzymywany przez KGB. Zdarzało się, że dzień spędzał w pracy, a dwa dni na przesłuchaniach. Kagiebiści za wszelką cenę chcieli się dowiedzieć, kto kieruje działaniami na rzecz odzyskania katedry, a zwłaszcza czy osobą tą jest ks. Jan Olszański. Zatrzymywano też żonę Kazimierza Polakowskiego. On sam przyznaje, że nie przetrwałby tego wszystkiego , gdyby nie był człowiekiem głęboko wierzącym. Takimi samymi ludźmi byli ci, którzy walczyli o zarejestrowanie w Kamieńcu parafii, a następnie o odzyskanie katedry.
- Jakby nie wiara w Boga, nic by nam nie wyszło – podsumowuje. – Przetrwałem wszystko, bo wiedziałem, że mogę zawsze liczyć na żonę i dzieci. Prosiłem zawsze Boga: ”Jezu, daj mi taki krzyż, żebym mógł go unieść, żebym mógł dojść do Ciebie…
Katedra św. Piotra i Pawła w Kamieńcu Podolskim
Kazimierzowi Polakowskiemu szczególnie trudno było zdecydować się na objęcie funkcji prezesa parafii w Kamieńcu. Miał trzy lata do emerytury, a władze nie lubiły religijnych aktywistów. Nikt nie chciał podjąć się jednak tej roli. Jeden z wiernych, któremu to zaproponował powiedział, że modli się do Boga i prosi, żeby go nie wybrano prezesem. Kazimierz Polakowski nie miał wyboru. Dzięki takim jak on, dziś w Kamieńcu Podolskim są trzy parafie. Siedzibą jednej z nich w dalszym ciągu jest kaplica przy Nigińskim Szose. Liczy tysiąc wiernych. Składa się już z potomków tych, co walczyli o odzyskanie katedry.
Marek A. Koprowski







